Nowy rok (Część IV)

Nowy rok - Część IV

Podkradł się na paluszkach do judasza i przezeń zerknął, ale ujrzał tylko zmącone bohomazy czarno-brązowego brudu. Nigdy nie było potrzeby wyczyścić wziernika, który zaśniedział na wskroś. Zapytać „Kto tam?”. Cholerna jasna! Co za durne problemy na parę godzin przed popełnieniem samobójstwa!

Uchylił drzwi i… skamieniał! Zatrzasnąłby wrota natychmiast, gdyby widok nie dostarczył jednocześnie obezwładniającego szoku…

– Dzień dobry – grzecznym tonem pozdrowił go przybysz. – Czy mam przyjemność z panem Janem Pietraszką? – zapytał z sympatycznym uśmiechem.

Z przybysza emanowała pewność siebie wyrażona nie butnością, ekstrawaganckimi ciuchami bądź drogą biżuterią, lecz uchwytnym przez każdego zdecydowaniem: nieznacznie rozstawione nogi, wyprostowana postawa, ręce luźno zwisające wzdłuż tułowia, inteligentne oczy, przyjazna twarz. W prawej dłoni trzemał owiniętą w szary papier, płaską paczuszkę. Elegancki – acz skromny – ubiór dyskretnie akcentował tę jego konsekwentncję charakteru: rozpięta, czarna marynarka; biała, schludna koszula; perfekcyjnie skrojone, zamszowe spodnie; czarne buty na grubszej podeszwie, bez błazeńskich czubków; pasek też czarny, ze zwykłą klamrą, nie za szeroki i nie za wąski – wszystko krajowej produkcji. Był atletycznie zbudowanym, przystojnym osobnikiem, zatem nawet w podartych łachach prezentowałby się świetnie. Nie posiadał zegarka czy jakichkolwiek ozdób – pierścieni, łańcuszków, wystających z kieszeni jedwabnych chusteczek i ekwiwaletnych uślicznień. Okaz prostolinijności, atrakcyjności, a jednocześnie przebojowości. Jego aparycja obdarzała nadzieją, wzbudzała ufność oraz gwarantowała zwycięstwo, bez względu na tło obdrapanych i pogryzmolonych murów klatki schodowej, dołujących obleśnym kolażem w zgniłożółtym świetle żarówki. Podsumowując, facet pasował do otoczenia jak salon sztuki pięknej do slamsów.

– Przepraszam za nagłe najście, ale inaczej nie mogłem – kontynuował niespodziewany gość, bowiem Jan milczał niezręcznie. – Nazywam się Stanisław Lota.

Formalności były zbędne, ponieważ „Lotnego” znała cała Polska, a także większość świata. Inspirator projektu „Wieś XL”, chociaż zawsze uwypuklał, że sukces nie zależał wyłącznie od niego, ale od kilkunastoosobowej grupy napaleńców. Otóż młode chłopaki osiedlili się w dziurze zabitej dechami w Świętokrzyskim, aby udowodnić plusy życia prowincjonalnego, aczkolwiek nie chodziło im o koczowanie w drewnianych chateńkach na stokach gór przy ognisku, nucąc kumbaya i zagryzając marchewką wyrwaną z warzywnika. Utylizując różne talenta, pomysły, zaś głównie stalową niezłomność w parciu do celu, stworzyli ewenement na skalę globalną, mianowicie warunki egzystencjalne na poziomie zaawansowanym, daleko przewyższającym wegetację plebejuszy zygzakujących między budynkami betonowych aglomeracji.

Dysponowali dostępem do dowolnego „udogodnienia” miejskiego dzięki technologicznym pomostom – od bezpośredniej transmisji wykładów uniwersyteckich po dostawcze korytarze dronowe. Zorganizowali pierwszy przekaz holograficzny opery „na żywo”, wznieśli wielopiętrowy ogród wodny, konstruowali tunel próżniowy do superszybkich podróży podziemnych – pracowali niezmordowanie, a każda nowa koncepcja nie mogła podważać reguł zrównoważonego rozwoju. Byli absolutnie samowystarczalni energetycznie, żywnościowo oraz pod względem zaopatrzenia w wodę. Nie dulczeli w smrodliwych korkach, nie tracili godzin w nocnych lokalach, nie faszerowali się chemikaliami zwanymi jedzeniem, nie doświadczali stresów korporacyjnej konkurencji, czyli mieli czasu pod dostatkiem na naukę, burze mózgów, planowanie, realizację idei tudzież rekreację.

Nazywano ich „ekselami”, „ekscelami”, „ekscesami” lub „ekscelencjami” – oświeceni, wysportowani, zbalansowani, zdrowi, świeży, progresywni i kosmopilityczni wyglądali jak bogowie przy rozkojarzonych, zalatanych, wymiętolonych, skretyniałych od konsumpcyjnej histerii mieszczuchów. Zaczęli od zera, a skończyli na piedestale chluby narodowej, pozyskując coraz więcej uznania, poważania, sponsorów i – mimochodem – pieniędzy. Ostatnio sfinalizowali pertraktacje z przedstawicielami władzy dotyczące epokowej inicjatywy „Powiat XL”, sponsorowanej przez państwo wespół z firmami prywatnymi. Dla tej garstki pionierów, aglomeracja w formie zagęszczonego do maksimum skupiska ludzi straciła sens bycia – promowali aglomerację rozproszoną, wtopioną w ekosystem, odbarczoną z molochowatych centrów handlowych, nieskażoną smogiem, zabezpieczającą błyskawiczną komunikację z punktu do punktu, oferującą pierwszorzędną edukację. Nikogo zatem nie zaskoczyło przybycie Elona Muska nad Wisłę gwoli przedyskutowania kooperacji ze Stanisławem Lotą. Powstała też zagraniczna wersja „Wsi XL” w Anglii, nazwana „Hamlet XL”.

Nowi

Powyższe résumé mignęło w myślach Jana, dla którego Lotny uosabiał swoistą koncentrację marzeń. Nie pojmował wszakże, co ten geniusz porabiał u jego podwojów? Kursował po dzielnicach wzorem duszpasterza rozsiewającego nowinę o sielance wśród szumiących lasów? Czyżby funkcjonowanie w tym niby rozluźnieniu na ustroniu wpędzało w obłęd?

Nagle struchlał… Być może wykryli jego zamysł skończenia ze sobą?! Nasłali celebrytę-mediatora z misją przemówienia mu do rozsądku! Ale kto go nasłał – jacy „oni”? Nie, nie – co za idiotyzm…

Gapił się podejrzliwie na przybysza przez półotwarte drzwi.

– Dzień dobry… – wybąkał, by przynajmniej otworzyć gębę. – To chyba jakaś pomyłka… – dorzucił gapiowato, bo przecież Lotny wyraźnie napomknął jego imię i nazwisko.

– Zapewniam, że nie ma żadnej pomyłki – odpowiedział Lotny spokojnie. – Czy pozwoli pan, że wejdę do środka i wszystko wytłumaczę? Bardzo mi na tym zależy – podkreślił i znowuż się uśmiechnął.

Głupio było zagradzać drogę polskiej sławie, więc Jan odsunął się na bok, mamrocząc „Proszę bardzo…”. Niezgrabnie machnął ręką w głąb ponurej kawalerki. Zerknął chyłkiem na zewnątrz by wybadać, czy w klatce nie czyhała ekipa telewizyjna albo banda umięśnionych goryli. Było pusto.

– Dziękuję! – uradował się szczerze Lotny. Raźnie przekroczył próg mieszkania, jakby goniony obawami, że gospodarz zmieni zdanie.

– Nie wyobraża pan sobie, jak się cieszę z tego spotkania! – ciągnął, ściskając serdecznie półprzytomnemu Janowi dłoń. – Doprawdy, zwlekałem zbyt długo. Zaraz wyjaśnię przyczynę mojej wizyty. Czy możemy usiąść? Ech, jestem taki wzruszony… – pytlował w zasadzie do siebie, gdyż jego potencjalny interlokutor tkwił w stanie zdębienia.

Jan zdołał powtórzyć sztywny gest, wskazując palcem na jedyny fotel – grata z lat siedemdziesiątych o cieńkich, ciemnobrązowych podłokietnikach i zapadłych poduszkach obitych sparciałą, zgniłozieloną tapicerką. Wykrztusił kolejne „Proszę bardzo…”, poczekał aż gość klapnie na niewygodnym meblu, sam zaś przysiadł – praktycznie przycupnął przerażony – na brzegu rozkładanej kanapy w kolorze ciemnordzawym, a może rudawokasztanowym, a może gównianoczerwonym – mistrz malarstwa nie potrafiłby zdefiniować tego odcienia. Oba rzęchy, zakupione za bezcen na osiedlowym bazarze, zajmowały peryferie małego pokoju, którego centrum okupowała imponująca ława z żelaznymi okuciami, osadzona na podkładach kolejowych. Ława kontrastowała z resztą wyposażenia jak odrestaurowane Bugatti ze zdezelowanym Trabantem.

– Piękny stół – nie mógł ukryć zachwytu Lotny, kładąc na blacie małą paczuszkę, którą przyniósł ze sobą. – Solidna, ręczna robota – skonstatował, po czym oparł łokcie na kolanach, splótł palce, spojrzał Janowi w oczy.

– Czuję pana niepokój i zdziwienie – zaczął. – Na marginesie, przyszedłem sam. Nikt nie wie, że tutaj jestem. Pan mnie zna?

– Oczywiście – wycharczał Jan.

– Chciałbym panu coś wyznać. Postanowiłem to zrobić w tego Sylwestra, zgodnie z moją noworoczną rezolucją, aczkolwiek planowałem ten krok od paru lat. Może się to wydać śmieszne: gdy podejmuję decyzję osobistą, zazwyczaj wybieram najodpowiedniejszą, w moim mniemaniu, chwilę na wprowadzenie zamiaru w czyn, a później trzymam się tego terminu jak rzep psiego ogona. Swego rodzaju kompulsja, jako że którakolwiek data bądź godzina jest odpowiednia na realizację czegoś dla mnie ważnego. Nie żywię sympatii do odgórnie narzuconych istotności dni w kalendarzu, ale Sylwester niejako uwypukla determinację, bo symbolizuje umowną granicę pomiędzy przeszłym i przyszłym. Cóż – westchnął, rozkładając bezradnie dłonie – pomimo mojej miłości do futurologii, pozostałem trochę zabobonny.

Jan słuchał nie przerywając. Nie obcym mu było maniakalne przestrzeganie raz naznaczonych terminów, niekoniecznie w tak błachych kwestiach jak nachodzenie ludzi po domach. Symboliczność 31 Grudnia także kojarzył – daleko bardziej, niż Lotny przypuszczał.

– Zobaczenie pana było moją głęboką potrzebą. – Głos Lotnego nabrał uroczystszego zabarwienia. – Otóż… Otóż bez pana wpływu, projekt „Wieś XL” by nie istniał – wypalił.

Surrealizm sytuacji sięgnął szczytów, powodując u Jana szczególnie przykre wrażenie odseparowania od otoczenia: nie czuł, aby stanowił element rozgrywającej się sceny, chociaż świadomość potwierdzała jego obecność w miejscu wydarzeń – zupełnie jakby obserwował swój sen z boku. Doznawał nieokreślonego lęku, paraliżującego wbrew przemożnemu pragnieniu ucieczki. Serce waliło, język skołowaciał, kończyny zdrętwiały – bał się kolejnych figlów, płatanych przez nikczemny los.

Lotny nie osiągnął renomy poprzez zachłanność, lecz w wyniku cudownego współgrania paru atrybutów jego charakteru i umysłu: dynamizmu, asertywności, wizjonerstwa, otwartości, nowatorstwa, przedsiębiorczości oraz rzadko doświadczanej wśród biznesmenów sentymentalności. Ten nowoczesny romantyk o nieugiętej woli unaoczniał, że bajkę można wdrożyć w życie ku zbiorowej pomyślności. Miażdżył bezwzględnie zapory wyrychtowane przez oponentów – tych hipokrytów, uważających się w narcystycznych uniesieniach za kapitalistów, a umiejących zaspokoić wyłącznie sztucznie sfabrykowany popyt. W tym sensie przejął w XXI wieku rolę Robin Hooda, wykradając pijawkom klientów, zaś demagogom wyborców. Był i wrażliwy, i zaradny, i szalenie skuteczny, stąd nie umknęła jego uwadze apatia Jana, której nie zamierzał pogarszać. Poza tym, w atmosferze kawalerki wisiała jakaś smutna tajemnica – coś więcej niż jedna z wielu przeciętnych, a jednak wstydliwie maskowanych, bolączek ludzkich. Jan nie demonstrował zwykłego przygnębienia, lecz rodzaj transu o niewiadomej osnowie, więc Lotny zdał się na instynkt – wszak nie wyrwie chłopiny z letargu osobistymi wynurzeniami, ewentualnie przytaczaniem sensacyjnych wieści. Należało zastosować miksturę orzeźwiającą, naparzoną z wątków wchłanialnych przez zgasłego z zagadkowych powodów biedaka.

– My się już spotkaliśmy – rozpoczął z innej, bardziej konkretnej beczki – chociaż pan na pewno nie pamięta, bo nie zamieniliśmy ani słowa… Dokładnie dwudziestego maja, dziesięć lat temu, w tramwaju. Przejechaliśmy siódemką razem z paręnaście przystanków: pan, ja i pańska córeczka, Zosia.

Założenia ziściły się – Jan piorunem odzyskał przytomność: zatrzepotał dwukrotnie powiekami, roziskrzył źrenice, spojrzał na Lotnego stanowczo. Aczkolwiek nie zmienił pozycji ciała o milimetr, jego postawa magicznie zmieniła ekspresję z potulnej na zuchwałą. Energia tej jakże czytelnej reorientacji pochodziła prosto z serca, w którym zmartwychwstał kochający ojciec. Zwłaszcza data, przytoczona przez gościa, wyrywała go z marazmu.

– Pan mnie śledził – stwierdził raczej niż zapytał, nie poruszając przy tym wargami, jakby był brzuchomówcą.

– Ależ skądże! – roześmiał się Lotny. – Nie jestem podglądaczem czy detektywem. Wracałem z centrum, a wy wsiedliście koło politechniki – zajęliście miejsce tuż przede mną. Pan wziął Zosię na kolana. Znam jej imię, bo przecież pan z nią gaworzył: „Zosiu to… Zosiu tamto…”. Niechcący podsłuchałem i nigdy, ale to nigdy nie pożałowałem…

– To były jej urodzinki – zamuczał Jan ckliwie.

– Oczywiście! Skończyła tamtego dnia pięć latek, o czym napomknęliście. Oglądaliście w Multikinie „Madagaskar”. Pan wybaczy – zarejestrowałem każdy detal tej… tej waszej pogawędki, która stała się pogawędką mego życia… Czy mogę kontynuować?

– Dobrze – przyzwolił wciąż skołowany, lecz udobruchany Jan. – Kawy? – Przypomniał sobie nagle obowiązki gospodarza.

– Jak najbardziej – ochoczo zgodził się Lotny. Nie lubił kawy, nie pijał kawy, ba, gardził tym wywarem, sporządzonym z ziaren zebranych w spiekocie afrykańskiego słońca przez zniewolone dzieci, jednakże ku podtrzymaniu konwersacyjnej passy wydudliłby bez wahania kubek smoły. Maleńkie poświęcenia pomagały w zadaniu przegryzienia się przez emocjonalną izolację drogiego mu człowieka.

Unieśli tyłki, wykonali dwa kroki i wylądowali w kuchennym sektorze mieszkania, gdzie sterczał niewielki kredens, wzięty żywcem z wiejskiej izby, pokryty którąś z rzędu warstwą białej farby, która gdzieniegdzie pękała, gdzieniegdzie odłaziła, odsłaniając poprzednie pokłady już pożółkłej lub poszarzałej emulsji. Tam natknęli się na komplet gastronomicznych utensyliów samotnika po czterdziestce.

Dwójka mężczyzn – jeden na misji autodestrukcyjnej, drugi wynurzeniowej – podjęła krzątaninę przy zaparzaniu, czyli rytualne wykrętasy przeplatane grzecznościowo-koneserskim dialogiem.

– Gdzie są filiżanki?

– Tam.

– A cukier?

– Tu.

– Łyżeczki w szufladce po prawej.

– Ile łyżeczek kawy?

– Hmm… To jakaś mocna?

– Alta Rica. Bardzo dobra.

– To tylko jedną łyżeczkę.

– Mleczka?

– Tylko ciut.

– Przepraszam, muszę sięgnąć po ciasteczka…

– Będzie pan łaskaw wyciągnąć talerzyki? Z tej szafki na dole? O tej tutaj.

– Już.

– Proszę bardzo.

– Dziękuję ślicznie.

– Zaleję teraz…

– Ile łyżeczek cukru?

– Jedną płaską proszę.

Dziękuję, dobrze, proszę, zaraz, tutaj. Zginali się, przesuwali, kucali, wyginali. Odkręcali, wsypywali, mieszali, wąchali. Po odtańczeniu kawowego menueta przetaszczyli deserowy majdan (ostrożnie, co by nie rozlać) do „stołowego”. Spoczęli, siorpnęli, cmoknęli, wychwalili aromat i smak, zakąsili herbatnikami, pomlaskali, przełknęli, zapadła cisza.

Bajkowe baloniki– Aha, no tak… – ponowił Lotny, odrobinę zdekoncentrowany. Po wielu bezkofeinowych latach parę łyczków czarnego wywaru rozstroiło mu koordynację ruchowo-werbalną – czuł się tak, jakby go ktoś powiesił do góry nogami i nakazał deklamować z patosem wiersz ku chwale ojczyzny.

– No ten… – urywał. – Ten tramwaj… Właśnie… Wszystko przez baloniki… Baloniki zaważyły…

Z kolei Janowi kofeina pomogła – odzyskał koncentrację oraz zborność motoryczną. Przypomniał sobie plany na wieczór, przeto omalże nie odparował odruchowo: „Pan wybaczy, ja mam samobójstwo na głowie, więc pitolenie o balonach – zwłaszcza w tej chwili – jest bynajmniej niestosowne. Zagadnienia balonowe, wie pan, nie interesują przesadnie ludzi, którym śmierć zagląda w oczy, to znaczy – ujmując to akuratniej – którzy zaglądają śmierci w oczy. Nie istnieje także dystynktywna metoda eutanazyjna, natężająca inklinacje do przedśmiertnych dyskusji o balonach, czyli przyszli topielcy wykazują tyle samo balonowych preferencji interlokucyjnych co, dajmy na to, przyszli skoczkowie z wysokich dachów.”.

Odsłona 86 - Nowy rok - Część III Czytaj część III | Czytaj dalej: część V Odsłona 88 - Nowy rok - Część V

Publikacja umieszczona w kategorii FIKCJA | Format PDF (2.6 MB) – 5 części Pobierz 5 części publikacji Nowy rok w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: