Nowy rok (Część V)

Nowy rok - Część V

Oszczędził niewtajemniczonemu Lotnemu sarkazmu. „Jakże wisielczego sarkazmu” – pomyślał z humorem.

– Baloniki? – zapytał, ot tak sobie.

– Wpierw żartowaliście… Opisywaliście urywki filmu, wybuchaliście śmiechem. Nagle, na wysokości Galerii, pan wskazał palcem przez okno i…

– Jak mnie pan odnalazł? – zaciekawił się Jan.

– Och, formalność. Wspominaliście o powrocie do domu, bo „mama czeka”, a wysiedliście na Pomorskiej, gdzie w pobliżu znajdują się trzy osiedla deweloperskie. Poprosiłem mojego przyjaciela, utalentowanego programistę z zespołu „Wieś XL”, by wytropił wszystkie Zosie, które dwudziestego maja świętują urodziny, a które mieszkały w tamtej okolicy dziesięć lat temu. Była tylko jedna taka Zosia. Po nitce do kłębka. Nie poszło aż tak gładko, ponieważ… Ale o tym później, pan pozwoli…

– Czy zatrudnianie hakerów jest legalne?

– Nie, jednakże ja ani nie tropię obywateli nałogowo, ani nie tuszuję przed panem mojej strategii, jak rząd bądź organa śledcze. Poza tym, chciałem zdobyć podstawowe informacje personalne, to znaczy imę, nazwisko i miejsce zamieszkania, wyłącznie po to, aby móc pana zobaczyć i coś oświadczyć, a nie w jakichś niecnych zamiarach.

– No dobrze. – Jan zrezygnował z dalszej indagacji. – O co chodzi z tymi balonikami?

– Zauważyliście na niebie pęk gazowych baloników. Ktoś związał ich kilkadziesiąt w pokaźną kiść, podwieszając chyba koszyczek pod spodem. Albo czysta zabawa, albo reklama. Zosia aż skakała podniecona. „Wszystkie razem!”- piszczała, a pan potakiwał: „Razem raźniej, no i polecą wyżej, bo są silniejsze! Jak chłopaki przeciągają linę, to też wspólnie. Żaden mocarz nic nie wskóra przeciwko całej grupie!”. Nagle jeden z baloników poluzował się, za co go Zosia wyzwała: „Niegrzeczny balonik! Nie pomaga reszcie!”, lecz on gnał w swoją stronę, coraz dalej i dalej. Dodatkowo bezczelnie zaprzeczył pana teorii, bowiem pomimo separacji, szybował jednak wyżej niż główna wiecha. Wówczas nastąpiło coś wspaniałego: pan drastycznie zmienił ton, retorykę, fizjonomię. Ja siedziałem z tyłu i oniemiałem, ponieważ potulny tata porzucił niewinną, wychowawczą poprawność, rozpoczynając tyradę aplauzu dla balonika-wagabundy! Pańskie oczy przeszkliło wzruszenie, co mi się zresztą udzieliło. Oto, co pan wygłosił: „Nie niegrzeczny, a ciekawski! Zobaczy inne rzeczy, jakich pozostałe baloniki nigdy nie zobaczą! One w jednym miejscu, a on wszędzie! Nie krępują go teraz, więc może pofrunąć, hen!, w przestworza, gdzie dusza zapragnie!”. Zosia skrzyżowała ręce na piersi. O, tak siedziała, naburmuszona – naśladował pozy dziewczynki Lotny. – Przypuszczam, że niewiele zrozumiała z ojcowskiej oracji, zaiste ponadczasowej ody do wolności, ha, ha! Prawie płakała, cała rozeźlona: „Zostanie sam! Nie będzie miał kolegów i koleżanek! Będzie głupi, jak Zosia Samosia!”. Pan ją przytulił, pacyfikował: „Nie, Zosiu! Inne baloniki pozazdroszczą mu widoków. Przecież on ich nie przepędza, tylko zaprasza, by spróbowały czegoś nowego. Spójrz, jak do nich woła ,No chodźcie tutaj, niemrawe baloniki! Zabaczcie, co odkryłem!’. Zaraz za nim śmigną! Tak zawsze bywa, córeczko, że wszyscy czekają na tego, kto odważnie gdzieś powędruje, aby poźniej powędrować za nim. To taki śmiały balonik!”. Jak ona protestowała! „Kłamiesz! Baloniki nie mają buzi! Nic im nie powie! Nikogo nie zawoła!” – krzyczała. Pan nie potrafił zatrzymać bezwładności natchnienia, nawet ze skołowanym dzieckiem na kolanach: „Może starał się ferajnę skusić, a wszyscy byli uparci i podejrzliwi? Może go obgadują, wstrętne baloniki? Dajmy mu szansę przekonać innych, Zosiu. Przyrzekam tobie, że za nim pójdą!”. Co za rewolucyjny tekst, wygłoszony w tramwaju! Niemniej jednak finałowy akt tej niesamowitej odsłony zamurował mnie na amen, a raczej zmiótł mnie z ziemi w formie, w jakiej byłem. Pamięta pan?

– Tak – wyszeptał Jan.

– Tak, tak, tak! Jeden po drugim, powolutku, z ociąganiem, baloniki z pęku poczęły wdzięcznie płynąć za naszym bohaterskim, włóczęgowskim balonikiem! Ha, ha, ha! Zosia rozdziawiła usta, wybałuszyła oczy, rozpłaszczyła nosek na oknie, o mały włos nie wypchnęła rączkami szyby na zewnątrz! Ja wtórowałem, podobnie rozbryzgany na szybie, kompletnie zauroczony. „Sen?” – dumałem. Gdzie tam, jaki sen! Najweselszy obraz zachowany w mojej pamięci: baloniki opuszczające pryncypialną masę, sunące majestatycznie za prowodyrem. Pojąłem wtedy, że nie byłem świadkiem cudu, tylko reguły.

– Reguły? – Jan nie ukrywał politowania. – Zwykły zbieg okoliczności: kiepsko powiązana kupa balonów rozpadła się, po czym wiatr znosił je w przewidywalnym kierunku. W kierunku, w którym wiał.

– Zatem przypadek? – Lotny uniósł brwi. – Zgoda, zespół zrządzeń opatrzności: luźne sznurki, wiatr, kierunek… Czy pana zaangażowanie w tramwajowy wykład też należało do, jak pan to zdefiniował, „zbiegów okoliczności”?

Cisza dała ewidentną odpowiedź. Czasami cisza wyraża stokroć więcej, niż najbardziej elokwentne przemówienie.

Lotny patrzał w zadumie na swe splecione dłonie.

– Pan wierzył, że te baloniki muszą polecieć za liderem, bo jakże inaczej? Pana wiara w niezależność zarażała i porywała. Ja jechałem wtedy od kumpla. Kuliśmy razem do egzaminów, do sesji po trzecim roku wenerynarii. Od początku studiów, każdego dnia, wątpiłem w swój wybór. Bez autentycznego powołania człowiek przestaje się uczyć, a zaczyna beznadziejnie ryć, byle odtworzyć detale nazajutrz, byle zaliczyć. Przerabianie starych testów, kolorowanie podręczników, żłopanie litrami kawy, zawalanie nocy, czyli nonsens nie mający nic wspólnego ze spontaniczną edukacją, która powinna być przyjemnością, nie jakąś katorgą. Pożądane wiadomości powinny wchodzić w głowę jak w masło, a właziły gorzej niż gwoździe w pancerz. Każdy przedmiot szedł jak z kamienia. Zdawałem sobie sprawę z mojej męczarni, lecz brnąłem mechanicznie do przodu, nie wiedząc dokładnie dlaczego. Wydawało mi się, że skradłem komuś okazję do osiągnięcia kwalifikacji, komuś może mniej uprzywilejowanemu, lecz wykazującemu fascynację tematem. Marnowałem mentalny potencjał na przemijalne rejestrowanie detali z dziedziny wręcz kazualnej, wytypowanej do studiowania na drodze zimnych analiz, czyli „prawdopodobnie dla mnie odpowiedniej”, albo „zapewniającej znośny byt”, albo „pożytecznej dla kraju”. Byłem niby taki inteligentny, obyty, w ogóle ładny, a używałem najbardziej idiotycznych kryteriów do selekcji kariery! Dewastowałem moje biedne komórki szare akademickim snapchatem, podczas gdy ktoś inny z uczciwymi predyspozycjami nigdy nie dotarł chociażby do decyzyjnej granicy, bo gnił na prowincji, bo przekonano go do „mierzenia sił na zamiary”, bo nie wyrósł w załganym konsumeryzmie, bo nie miał kontaktu z napuszonymi stadem „doradców”. Nie wiem, coś przeszkodziło, by pulchniutki i chłonny mózg, użyźniony czystą miłością do zwierzyny, odpadł w przedbiegach z konkurencji o weterynaryjne wykształcenie, wyparty przez mój wykalkulowany, spryciarski, przebiegle chichoczący czerep. No nic… – Lotny machnął ręką. – W chwilach wolnych od dziobania marzyłem… Śledziłem postęp technologiczny, telekomunikacyjny, logistyczny i marzyłem o stworzeniu na wsi enklawy, która oferowałaby warunki egzystencjalne deklasujące te miejskie. Notowałem, rysowałem diagramy, zwiedzałem okolice, sprawdzałem ceny ziemi, sporządzałem listy niezbędnego sprzętu. W pociągach, w parkach, w jadłodajniach, w salach wykładowych, na wakacjach, wszędzie, zawsze, bez wytchnienia, olewając imprezy i dziewczyny, fantazjowałem o zgruchotaniu aglomeracyjnego mitu. Traktowałem te „zajęcia” w kategoriach hobbystycznych: ot, nieszkodliwy zajob, względnie kompulsywne gromadzenie materiału na książkę science fiction. Moje niewinne koncepcje nabierały jednak charakteru wcale wykonalnych przedsięwzięć, co mnie prześladowało. Szydziłem sam z siebie: „Po co to robisz? Może zwariowałeś? Może opętały cię natręctwa? Uprawiasz sztukę dla sztuki, hipokryto?”. Absurd polegał na tym, że żyłem w odrębnej rzeczywistości, a trawiłem czas na pogoni za uniwersyteckim tytułem, który był mi obojętny. Jadę więc sobie smutny tramwajem, przeklinając los, czując coraz większą awersję do własnej osoby. Nagle materializuje się pan, wywracający mi sumienie na lewą stronę, abym sobie pooglądał i powąchał częściowo zastrupiałe, częściowo zaropiałe nie wyrzuty, a wrzody. W sekundę umiał pan przemienić epizod balonikowy w gloryfikację indywidualności, wybebeszając człowiekowi duszę. Rzadko spotykany talent, muszę przyznać… Wy wysiedliście na Pomorskiej, a ja przegapiłem swój przystanek i dojechałem do pętli. Właściwie nie przegapiłem, bowiem byłem nieobecny, niezdolny do liczenia przystanków… Czułem dreszcze w krzyżu, popłakałem się potem. Następnego dnia zrezygnowałem ze studiów ponieważ zrozumiałem, że dopóki nie spróbuję przeobrazić wsi w miasto, nie zaznam szczęścia…

Ucieczka

Lotny wstał.

– Mój ojciec opuścił nas, gdy miałem dwa latka. Wyemigrował do Stanów, tam założył nową rodzinę. Mamę i mnie olał. Kiedyś przesyłał jakieś pieniądze, poźniej przestał, teraz nie musi. Nie zamienił ze mną słowa od dnia swojego odejścia. Wtedy, w tramwaju, po raz pierwszy w życiu, miałem najwspanialszego tatę na świecie, któremu wystarczyło dwadzieścia minut na odrobienie dwidziestoletnich zaległości. W dwadzieścia minut uruchomiony został rzutnik mojej podświadomości, bym obejrzał sobie soczyście wyraźny pokaz slajdów. Nie był to żaden „zbieg okoliczności”, jak pan skromnie zaznacza, skupiając uwagę na banałach – na balonikach, wietrzykach tudzież sznureczkach – zatem nie na kwintesencji wydarzenia. Nie przemawiał pan przecież do siebie, ale do kogoś, nieprawdaż? Otóż spisał się pan rewelacyjnie, czego ja jestem chyba niezłym dowodem. Gwarantuję, że Zosia również nie zaprzepaści bezcennej nauki, pozyskanej od godnego pozazdroszczenia papy. Widzi pan, wpływ na świat jest niekoniecznie wyrażony w formie bezpośrednio namacalnego efektu. Hmm… – Lotny tarł podbródek palcami, teatralnie wlepiając wzrok w siną dal. – Swoją drogą ciekawe, ilu pasażerów tego magicznego tramwaju przegapiło swoje przystanki? Nie zdziwiłbym się, gdyby któryś z nich został prezydentem, czego też nie możnaby zaliczyć do „zbiegów okoliczności”. Może obecny prezydent jechał tym tramwajem? Warto wybadać…

Magiczny tramwaj

Sięgnął po paczuszkę leżącą na stole i podał ją oszołomionemu Janowi.

– Prezent dla pana. Proszę otworzyć.

Jan ściągnął mięciutkie niczym jedwab opakowanie, które w dotyku nie przypominało papieru, aczkolwiek jak papier wyglądało. W środku była książka, zatytułowana „Przyszłość XL”. Okładka i strony miały konsystencję super cieńkiej gumy: delikatne, elastyczne, a jednak perfekcyjnie zachowujące kształt.

– Pierwszy egzemplarz – wyjaśnił Lotny. – Prototyp. Seryjna produkcja ruszy za tydzień. W księgarniach pod koniec lutego. Kartki, opakowanie i okładka są zrobione z tworzywa naszego patentu, uzyskanego ze śmieci organicznych na drodze dekompozycji, izolacji substratów i reintegracji w celulozopodobne włókna. Farbę do druku także dmuchnęliśmy przyrodzie. Konkretnie angażujemy pewne bakterie, modyfikujemy im trochę genom i powodujemy spięcie w rybosomach, przez co nieustannie generują barwnik. Płacimy im szczodrze tym, czego pragną, mianowicie pożywką ze ścieków. Żadnych ściętych drzew, obróbki ropy czy eksploatacji węgla. Zaprzęgliśmy matkę naturę do czegoś twórczego – śmiał się – do syntezy dzieł literackich. Ostatnie pięćdziesiąt stron wydrukowaliśmy inaczej, na specjalnej elektronicznej matrycy wypalającej literki, bez żadnego tuszu.

– Bakterie? – Jan nie mógł powstrzymać podziwu.

– Procesy są daleko bardziej skomplikowane, niż moje streszczenia. Niedługo przekupimy drobnoustroje do wyrobu substancji à la plastik. Chodzi tylko o to, aby ani niczego nie wydobywać, ani niczego nie mordować. Mikroby to, załóżmy, najemcy. Po dalsze szczegóły zapraszam do nas na wieś, do centrum postępu. Publikacja, którą pan trzyma w ręku, to kompilacja trzech części: manifest naszej grupy, kronika projektów i wizja Polski za parę lat. Proszę zobaczyć wstęp.

Jan przewertował do strony wstępu. W górnym rogu, wydrukowany kursywą, widniał jakiś cytat. Odczytał:

Gdy poddasz się w próbach,

Poddasz swoje życie.

Jan Pietraszka

– Ależ… Co to ma znaczyć? Przecież ja nigdy…

– Pan to powiedział – z naciskiem oznajmił Lotny. – Wasza dyskusja w tramwaju toczyła się aż do przystanku na Pomorskiej. Z pana ust padło wiele morałów i przestróg, nawiązujących do podniebnej eskalacji wypadków balonikowych. Zosia słuchała z rozwartą na oścież buzią, a papa ją zachęcał do swobody i samostanowienia. Tego, czego wówczas nie pojęła, pojmie wkrótce, wcześniej niż jej rówieśniczki bez nawiedzonych tatusiów. Aforyzm zacytowany w książce zaważył na moich decyzjach i awansował do rangi kamienia węgielnego „Wsi XL”. Chciałem, aby pan go ujrzał czarno na białym. Nie umieściłbym powiedzonka bez imienia i nazwiska autora, stąd pana ścigałem, lecz kardynalną przyczyną była moja wewnętrzna potrzeba.

– Za dużo tego… Za dużo… Litości… – mamrotał Jan. Siedział jakby skulony, z twarzą zakrytą dłońmi. Drżał.

Lotny troskliwie położył mu rękę na ramieniu.

– Za mało, panie Janie, za mało… Przygotowywałem się rok do tego spotkania, aby spłacić chociaż odrobinę zaciągniętego długu, stąd obfitość niewiarygodnych wieści. Przyznaję, że chciałem zaskoczyć, ucieszyć, dać nadzieję, wywrzeć pozytywne wrażenie… Ćwiczyłem nawet mój spicz przed panem – śmiał się – i ukartowałem kolejność niespodzianek, to znaczy konfesji doprawdy osłupiających, trochę cudacznych, ale w sumie konstruktywnych. Kiedyś też, dla frajdy, uczęszczałem na kursy retoryki, toteż kwieciście peroruję, często onieśmielając odbiorców i płosząc inwestorów. Nie wiem, słabość to czy zaleta, ale już taki jestem. – Wzruszył ramionami. – Proszę wobec tego wybaczyć reżyserię mojego exposé. Dla pana nieba bym przychylił, zatem skomponowałem tę optymistyczną składankę, spreparowałem ten koncentrat otuchy, upichciłem ten bigos… Tfu, do diabła! – wręcz wrzasnął. – Dość tych górnolotnych, uknutych metafor! Mam nadzieję, że pan rozumie. To, co tutaj robię raduje mi serce. Ja tego bardzo potrzebowałem. Mój występ to słoneczna laurka synka dla tatusia oraz parę upominków, a ponieważ pakowałem wszystko do kupy miesiącami, to i ilość darów wydaje się spora.

Lotny klapnął z powrotem na topornym fotelu.

– Została jeszcze jedna kwestia… Mianowicie – Lotny zatarł bojowo ręce – zaistniał pewien efekt uboczny naszych poszukiwań, który stał się wątkiem sensacyjnym. Nie życzyłem sobie, aby ktokolwiek szperał w pańskich detalach zbyt gruntownie, ale mam status cholernego celebryty, więc trudno mi przemknąć incognito do czyichś drzwi. Poza tym, z respektu dla pana chciałem uniknąć najazdu fotoreporterów. Tak czy owak, moja ochrona osobista lustruje okolice, planuje i weryfikuje intensywniej, niż nakazywałby zdrowy rozsądek. Nienawidzę tego! – burknął ze złością. – Otóż Zosia nie figurowała pod tym samym adresem, co jej biologiczny ojciec. Albo pan ją zaadoptował i posiadał inne nazwisko, albo wyprowadził się z Pomorskiej po naszej przejażdżce. Nie przejawiał pan zachowania przybranego tatusia, lecz musieliśmy potwierdzić, kto wsiadł z Zosią do tramwaju. Ustaliliśmy, że nastąpił rozwód. Ten fakt mnie zaintrygował: któż, na miłość boską, wyrzuca opiekuńczego ojca z gniazda rodzinnego na bruk? No nic… Dość szybko natknęliśmy się na osobnika koczującego na Pomorskiej, niejakiego Cezarego Szmidta, ponoć agenta ubezpieczeniowego, wożącego opasły tyłek bardzo drogim wozem. Coś nie pasowało… Biznes uczula na szachrajów, zaś szpenio Szmidt, przepraszam za wyrażenie, śmierdział matactwem na odległość. Dlaczego taki niby bogaty gość nie kwapił się zameldować? Prześwietliliśmy zatem tego, znowóż przepraszam za wyrażenie, gnoja. W tym miejscu zapewne pochwali pan hakerstwo. Tak więc Cezary Szmidt pracuje w zasadzie dla kryminalistów piorących brudne pieniądze, otwierając babciom i dziadkom fikcyjne polisy. „Ubezpieczają” nie mających o tym zielonego pojęcia starszych ludzi, którzy nie posługują się internetem, co manipulanci zawczasu badają. Wygrzebaliśmy już z tysiąc fałszywych polis. Niestety, pańska eksżona Dorotka ochoczo dokonuje wpłat bankowych w imieniu wielu abstrakcyjnych klientów. Utytłanych w machlojkę jest paru „ochraniarzy”: urzędników państwowych, finansistów, księgowych. Siateczka umorusanych gówienkiem bachorów, podekscytowanych dotychczasowym fajdaniem pieluszek po kryjomu! Forsa przepływa z mafii do mafii, z pomijalnymi kosztami operacyjnymi, zaś pasożyt Szmidt wygrzewa, naprawdę przepraszam za wulgarność, dupę na kwaterze fundowanej przez ciężko harującego chemika. Niesamowite! Pan zakisł w zenicie naiwności!

Raptem wychylił tułów mocno w stronę Jana.

– Nie zostawię tutaj dokumentów atestujących winę Cezarego – dosadnie obwieścił – bo nic pan z nimi nie pocznie, za co wcale nie mam pretensji. Rozmawiam z istotą, która nie skrzywdziłaby pchły, tylko ją nakarmiła, wykąpała, wykołysała, ułożyła w wymoszczonym mini-łóżeczku własnoręcznie zmajstrowanym, dlatego policję powiadomimy sami, po pierwsze jako odpowiedzialni obywatele, po drugie dla Zosi. Ten stół waży chyba z tonę! – zadudnił znienacka, poklepując olbrzymią ławę po monstrualnej nodze. – Będzie trzeba zorganizować przyzwoity samochód, aby przetransportować go na Pomorską.

Przerwał, dźwignął obolałe pośladki z twardej poduchy, stanął na skrawku podłogi pod oknem.

– No, zrzuciłem swój balast z serca… – wyrzucił rozbrajająco. – Na marginesie, byłby pan pierwszorzędnym nabytkiem dla „Wsi XL”, aczkolwiek nie mam prawa nic narzucać. Każdy człowiek powinien podjąć ważne decyzje sam, jak mnie raz tata uczył w tramwaju, więc życzę panu najtrafniejszych noworocznych rezolucji.

Spojrzał na jakby dworcowy zegar wiszący na ścianie. Pomiędzy wskazówkami widniało logo jakiegoś kombinatu farmaceutycznego.

– Muszę stąd uciec około ósmej, na nudnego Sylwestra w dygnitarskim gronie. Pomogę wymyć naczynia, dobrze? – zapraponował. – Zostało pół godzinki. Posprzątamy? Panie Janie, halo halo! Boże, do cna wyświechtałem człowieka!

———————————————————————

Obudziły go grzmoty fajerwerków. Niech to szlag trafi – przespał północ! Postanowił połknąć tabletki z wybiciem dwunastej, a tu masz babo placek!

Bzdurne sny! Urojenia o wizycie Stanisława Loty! Pożegnalny persyflaż Stwórcy – na odchodne dokopać w ryja, jadowicie kwicząc: „Ty muzo dla wielkich! Ty natchnieniu człowieczeństwa! Ty balonikowa marszruto ku promiennej przyszłości! Ha, ha, ha!”.

Wyszarpał pojemniczek ze środkami nasennymi z kieszeni i poczłapał w kierunku „kuchni” po szklankę wody. Moroczne mieszkanie rozświetlała kanonada sztucznych ogni, zaś on wtórował każdej eksplozji, wykrzykując makrabryczne szyderstwa pod adresem wiwatującego świata: Buch-buch! – „Do widzenia w zaświatach!”; Pa-pa-pa-pa-pa! – „Żegnam ozięble!”; Ssssssss-bach! – „Adios amigos!”.

Nierozróżniający już jawy od majaka, prawdy od fałszu, szczerości od obłudy – błądząc przez tę mgłę cywilizacyjnych wyziewów, odrzutek współczesnego status quo, systemowy bękart Jan Pietraszka dotarł do zlewozmywaka, gdzie mężnie odkręcił kran i… i zastygł w półobrocie po szklankę.

Poczuł rozdzierające uderzenie krwi do głowy. Ostrożnie dotkął, by natychmiast cofnąć rękę. Jeszcze raz dotknął – nie, to nie była halucynacja!

Bum-bum-bum! Pach-pa-pa-pach! Szszszszszsz-łubu-du!

Na suszarce do naczyń stały umyte… dwie filiżanki po kawie…

Dwa kubki nadziei

Odsłona 86 - Nowy rok - Część IV Czytaj część IV

Publikacja umieszczona w kategorii FIKCJA | Format PDF (2.6 MB) – 5 części Pobierz 5 części publikacji Nowy rok w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: