Nowy rok (Część I)

Nowy rok - Część I

Kiedy podjął decyzję?

Odizolowany, inspirujący, pobudzający do akcji czynnik sprawczy nie istniał – było tylko guzdralskie, acz niezłomne dojrzewanie do postawienia już dawno zaplanowanego kroku. Proces metamorfozy idei w wykonalne zadanie był wręcz spontanicznym zjawiskiem, podobnym rozkwitowi kwiata, którego płatki wystrzeliwują samoistnie z uścisku pąka przy sprzyjającej aurze. Ignorując życzenia tudzież intencje rośliny, skomplikowany zespół odziaływań ekologicznych opóźnia lub przyśpiesza stadium pełnej glorii, dyktuje chwilę ucieczki z pułapki nonsensownej wegetacji w formie paskudnej gałki. Zarówno kierunek i efekt końcowy przemian zależy jednak od zakodowanych w DNA cech, bowiem kolczasty kaktus nigdy nie przybierze wyglądu smukłego tulipana, a z pewnością nie skusi wonnością nadobnej róży.

Wierzył, że człowiek tkwi w analogicznym potrzasku wpływów nadrzędnych, aczkolwiek daleko bardziej złożonych – wszak cywilizowany świat jest sztuczny, zaś wachlarz ludzkich aspiracji niewspółmiernie bogatszy od potrzeb fauny czy flory. Przekleństwo homo sapiens polega właśnie na rozdźwięku pomiędzy głębokością doznań duchowych oraz kompetencji mentalnych a odnośnikiem obiektywnym, czyli geometrycznie skonstruowanym, formalnie zorganizowanym, wręcz teatralnym środowiskiem zewnętrznym, skupiającym uwagę na konwencjonalnych modelach zachowania i zawężającym rozmach koncepcyjny do wcześniej wyciosanych reguł. Wszechpotężny potencjał ewolucyjnego majstersztyku – komórek szarych – ulega wygłuszeniu przez edukację przystosowującą do funkcjonowania w systemie oferującym sztywnie zdefiniowane pozycje, kariery, role, obiekty pożądania, nawet szczyty szczęścia. Ta przyjęta ograniczoność wyborów i pragnień przynosi niewątpliwie wygodę kroczenia drogą już kiedyś przetartą, rzekomo bezpieczną, ale czyż nie ubogą w odkrycia, wyczerpującą poprzez monotonię, biegnącą jakby donikąd, okradającą z radości pomimo obietnic sukcesu? Ceną gonitwy w kółko są roztrwonione płody zdrowej wyobraźni: w dzieciństwie traktowane z powagą i entuzjazmem należnym osiągalnym celom; w młodości cytowane pół żartem, pół serio; w wieku średnim wyśmiewane za niepraktyczność lub utopijność; w starości opłakiwane jako bezpowrotnie stracone szanse…

Genetycznym popędem człowieka jest manifestacja osobistych punktów widzenia i urzeczywistnienia swoich niepowtarzalnych pomysłów – łaknienie wrodzone, zrazu odruchowe niczym wciąganie powietrza płucami, sukcesywnie tłamszone ślepą nadzieją na fajniejsze jutro dzięki nęcącym skrótom do zawodu, stanowiska, pieniędzy, władzy, rozrywki, laby. Wystarczy podporządkować się zasadom, ustawić w karnym szeregu, by w nagrodę otrzymać substytut marzeń. Zamiast bolesnego ocknięcia, uwidaczniającego przefrymarczenie ekstazy samospełnienia za landrynkowe aprobaty bądź atrakcje, nastaje okres postępującej frustracji, wypełniony gęstszą i gęstszą chmarą enigmatycznych dylematów: „Dokąd podążam?”; „Skąd ta chandra, znużenie, zobojętnienie?”; „Dlaczego czuję emocjonalną pustkę?”; „Co zmienić, polepszyć, przedsięwziąć?”; „Czego mi brakuje?”. Ta wewnętrzna szamotanina, pierwotnie butna, z czasem traci impet, ustępując miejsca rezygnacji przeplatanej nostalgicznymi westchnieniami za sprzeniewierzonym ego. Kokon codziennych obowiązków powoli kamufluje przebłyskujący jeszcze tu i ówdzie indywidualizm, aby go wpierw odseparować, a w ostateczności zmumifikować w zasuszone wspomnienie o wizjach świetności. Człowiek udowodnił bezdyskusyjnie, iż potrafił poskromić naturę, mianowicie ujarzmił własny rozkwit – sporządził samorzutnie nawarstwiającą się skorupę rutyn, nawyków, tradycji i przekonań, rozkruszenie której wymaga brawury, wytrzymałości psychicznej, krzepy plus niewzruszalnej wiary w naznaczony cel, zatem śmiałości szarżującego lwa, nazywanej przysłowiowo „siłą przebicia”.

Nierozkwitły potencjał ludzki

Przynajmniej on sam nie znalazł ukontentowania w panującym klimacie status quo: nie umiał umościć przytulnego gniazdka z kawałeczków słomianych afirmacji; nie umiał wynegocjować rozejmu z protestującym sumieniem, by przyklasnąć serwowanym patentom na dozgonną pseudosielankę; nie umiał zleceważyć więdnących ambicji pozyskania jakiejś unikatowej przydatności dla społeczeństwa i doświadczenia powszechnego aplauzu za coś wyjątkowego, pionierskiego – za coś „jego”. Jednocześnie nie władał prężnością zmaterializowania tych jakże nobliwych chęci, wprowadzenia w czyn wcale niezłych projektów. Nie dysponował też temperamentem nadzorcy ustalonego porządku rzeczy, czyli mentalnością nowoczesnego kapo, doglądającego posłuchu z urzędowym batem w garści, w przerwach uszczelniającego administracyjną smołą nieliczne wyłazy na wolność. Drżał przed perspektywą przebiedowania doczesności skulonym, przeciętnym, nieistotnym, zaryglowanym za łuskami nierozkwitłego pąku…

Wbrew najczarniejszym oczekiwaniom nadeszło jednak wyzwolenie – prawdziwa wiosna duchowa – gdy ślęczał nad kolejną listą rezolucji noworocznych. Wykaz „spraw do załatwienia” stanowił bliźniaczą kopię starych dokumentów tego typu: starannie wydrukowane „zadania”, sfinalizowanie których miało go ponoć udoskonalić, nasycić optymizmem, niejako uszlachetnić. Przez dziesięć lat, każdego grudnia, summiennie kompilował rejestr upiornych wad do wykorzenienia i priorytetów do realizacji, ze skutkiem nietrudnym do oszacowania wskutek nieobecności namacalnego skutku. Rytuał wyraźnie stawał się sztuką dla sztuki, a jego wagę remedialną determinował fenomen placebo – powtarzał wyliczankę zacnych intencji bo ufał w samą wyliczankę, albo w magiczne moce samego faktu posiadania zacnych intencji. Zainwestowana ochota w parze ze skrupulatnością ewidentnie spełzały na niczym, skoro corocznie ponawiał identyczny proceder wypatrując odmiennych – jakichś lepszych – rezultatów, pozwalających zarzucić ów proceder, który wreszcie spełniłby domniemaną funkcję. Tymczasem sterczał w punkcie wyjściowym, nie umiejąc wejść z biegu jałowego na pierwszy, słowem albo coś robił źle, albo coś przeoczył, chociaż niby przestrzegał instrukcji… „Sprzęgło popsute? Gaźnik nawala? Koła oderwane?” – żartował w duchu. „Może, psiakrew, bak suchy?! Tak, zapomniałem nalać benzyny! Bez paliwa na szosę, ha, ha, ha! A wycieraczki? Czy oby przetestowałem wycieraczki? Elastyczne, zwinnie mykające wycieraczki są podstawą jazdy w przód! Dopiszę ‘Wypieścić wycieraczki’ do noworocznych postulatów, to i los szczodrze obdaruje! Ha ha ha!”

Zniknął zjadliwy uśmiech, zmyty przez grymas straszny. Desperacja wydusiła łzy ze zmęczonych oczu, zgniotła gardło… Oparł czoło na pięściach i zapłakał jęcząco. Osunął się na bok, zwinął w kłębek na kanapie, zakrył mokrą twarz dłońmi. Spazmy szlochu podrzucały ciało, gdy umysł przeszywały szyderstwa wyimaginowanych gapiów: nieudacznik, dziwoląg, mięczak, naiwniak, cymbał, kolekcjoner kretyńskich sylwestrowych inwentarzy. Przez dobry kwadrans kotłowały nim rozżalenie zmieszane ze wstydem, aż nagle…

Nagle nastąpił cud: promienie natchnienia rozwiały ciężkie chmury rozpaczy, otoczyły ciepłem kojącym, pozwoliły wybuchnąć w kielich pięknego kwiata! Telepiące się latami po bezdrożach podświadomości strzępy myślowe, traktowane w kategoriach „niepoprawnych” i odpędzane jak natrętne muchy znad głowy, zestaliły się momentalnie w krystaliczne rozwiązanie – jego rozkwit. W chwili łaski niespodziewanej, beztroska fantazja nabrała werwy katońskiego zamiaru, zaś szczerość akceptacji przeznaczenia była zniewalająca, bowiem poczuł spokój graniczący z rozanieleniem.

Otóż postanowił… popełnić samobójstwo.

Żadna argumentacja nie wymusiłaby na nim odwrotu od mężnego nura w otchłanie nirwany! Co grono „normalnych” okrzyknęłoby schyłkowym stadium schizofrenii, on przyrównywał do pryśnięcia z ciasnej celi więziennej, gdzie odsiadywał dożywocie za grzechy niepopełnione. Nie mógł ani udowodnić swojej niewinności, ani przecierpieć za kratami do dnia śmierci, ani fizycznie przenieść się do znośniejszego zakładu karnego (bo istniał tylko jeden), przeto pozostało przyśpieszyć porę odejścia. Obrazował podręcznikową dysharmonię z obecnymi standardami, przekonaniami i roszczeniami, czyli z kompleksem utartych weryfikatorów normalności. Był niekompatybilny z kulturą jego ery – zdychał wzorem ryby na lądzie, spryskującej się sporadycznie wodą gwoli zakosztowania odrobiny życia, lub właśnie wzorem rośliny posianej na nieodpowiednim gruncie, wydającej karłowate pędy oraz liche zawiązki, złudnie dodające otuchy na rychłe zaowocowanie. Po cóż poddawać się nieustającym torturom – trwać w masochistycznej fazie niedorozwoju, udawać zadowolenie robiąc wygibasy rachityczną i gołą łodygą, fingować dopasowanie wyginając urojoną koronę ku słońcu?

Przecież próbował…

Związek z Dorotą rozpadł się po siedmiu latach. Przenosił góry celem uratowania małżeństwa, włączając w repertuar remedialnych interwencji wizyty u psychologa – speca od naprawy patologicznych, ewentualnie wskrzeszania zupełnie wygasłych, stosunków damsko-męskich.

Cichy terapeuta, siedzący z nóżką na nóżce, splatający delikatne dłonie na kolanku, słuchający w skupieniu, podający papierowe chusteczki, kiwający posępnie główką, wzdychający periodycznie pochłaniacz wymiocin obu stron: żałosnych biadoleń, bezpodstawnych oskarżeń, kąśliwych aluzji, absurdalnych żądań. Rozjemca agresywnych, pocieszyciel skwaśnionych, moderator wulgarnych – wszechstronny resuscytator dogorywających unii, będący fuzją arbitra z workiem treningowym. Sesje na fotelikach ustawionych w symbolizujące bezpośredniość kółko, pod malowidłami o motywach uśmierzających, przy biblioteczce z pozycjami o tytułach zagrzewających do poprawy. Za drzwiami w poczekalni inna naburmuszona para, wertująca nerwowo magazyny: ona „Cosmopolitan’a”, on „Świat motocykli”.

Zachęcony przez eksperta, nabył kilka słusznych poradników („Jak…”, „10 sposobów na…”, „I ty możesz…”), przestudiował je, wynotował kluczowe sugestie i jął gorliwie wdrażać wiedzę w parszywą powszedniość, jakby wtłaczał kroplówkę elektrolitową w bladego, wyniszczonego, nieprzytomnego pacjenta. Wachlarz taktyk uzdrawiających uwzględniał retusze frazeologiczny, gestykulacyjny, fizjonomiczny i tonacyjny, a także zrewolucjonizowany harmonogram dobowy. Pod dachem rozbrzmiały pytania otwarte, grzeczne riposty, niezobowiązujące propozycje, subtelne komplementy. Na usta wychynął salonowy uśmieszek. Manewry tułowiem i kończynami przypominały płynną pantomimę. Zamiast telewizji – lektura; zamiast stolarskiego hobby – przechadzki w parku; zamiast podśpiewek – milczenie; zamiast seksu – tęskliwe spojrzenia… Reasumując, uznane za irytujące maniery bądź skłonności zostały wyparte przez zajęcia rekreacyjne, głównie medytacyjno-refleksyjne. Po czterech miesiącach akademickiego unikania konfrontacji zauważył ze zgrozą, że jego wysiłki nie pociągały paralelnych zmian w Dorocie, wykształcającej bez przeszkód cechy jeszcze bardziej zdorociałe. Nienawidził dorotowatości, natomiast ona dorotowatość konserwowała, pielęgnowała, rozkrzewiała, rozpleniała, promowała! Dłużej ślęczała na portalach społecznościowych, częściej kursowała do galerii handlowych, wypożyczała więcej durnych seriali, regularniej znikała wieczorami „do koleżanek” – co za policzek wymierzony w jego samozaparcie, właściwie w zaparcie się siebie! Oszukaństwo! Nabijała w butelkę prolongując dorotowatość, obiecując wcześniej oddorotowanie się w imię ratowania małżeńskiej kohezji! Przywdział krępującą ruchy zbroję, wykutą z surówki pretensjonalnych uprzejmości, ilustrując rycerza z samouczków tylko po to, aby gorycz upokorzenia przesiąknęła jego pamięć na wieki. „Jak awansować do rangi stuprocentowego frajera błyskawicznie!” – dorzeczny tytuł podręcznika dla wyglądających skry miłości w spopielonych sercach. Zmarnował zapał na podpieranie żerdziami, łatanie papą, zbijanie gwoździami i ozdabianie wianuszkami kupy zgliszczy!

W trakcie rozwodu już nie wiedział, czy kiedykolwiek darzył Dorotę głębszym uczuciem, czy raczej pokochał w niej akceptację swojej osoby? Ożenek z samolubstwa, by przeglądać się narcystycznie w kobiecie-zwierciadle, podziwiając wizerunek bożyszcza ulepionego z jej ochów i achów? Ponadto ta kuglarska intymność – ta zmora symulująca przysięgę synergii i oddania na wieczność, przesądzająca o paraliżu męskiego rozsądku, depolaryzująca korę szarą w polu orgastycznych wyładowań. W rezultacie wyselekcjonował na partnerkę istotę, symbolizującą jego przeciwieństwo pod każdym względem, a chybionej selekcji towarzyszyło obłąkańcze przeświadczenie o happy endzie w postaci idyllicznej koegzystencji przedstawicielki kultu mainstream z facetem roztrząsającym zagadki bytu.

Tymczasem adwokatów i banków nie interesowały filozoficzne wiwisekcje pobudek wiodących do mariaży, ale czysto pragmatyczne aspekty jurystyczno-hipoteczne, toteż bez ceregieli rozszczepiono niedobrany duet oraz podzielono majątek bynajmniej nie na pół, aczkolwiek sprawiedliwie: ona zdobyła urządzone, deweloperskie mieszkanie o powierzchni stu metrów kwadratowych, za które on miał kontynuować spłaty, a jemu przyznano samochód, za który ktoś miał kontynuować spłaty, ale chyba nie on, ponieważ miesięczne rozchody powiększyły się o nowy koszt – wynajętą, pustą kawalerkę o powierzchni trzydziestu dwóch metrów kwadratowych w wieżowcu (wszak musiał gdzieś się podziać). Sprzedał zatem Toyotę Yaris za równowartość kapitału koniecznego do uregulowania kredytu, i.e. za zero złotych – sprytny fortel, umarzający raty za brykę, wygospodarowujący przeto kwotę na komorne. Fartownie, nie zarekwirowano jego sprzętu stolarskiego.

Werdykt przyjął bez mrugnięcia powieką, oddając mecz sądowy sensu stricto walkowerem. Śpieszył do dopięcia nieprzyjemnych formalności, jednak w pierwszym rzędzie chodziło o Zosię, także odebraną bezpardonową dyrektywą prawa.

Zosia najsłodsza… Niecierpliwie tuptające stópki, podskakująca zadziornie kitka, wszędobylskie małe rączki, roześmiana słonecznie buźka – powiew świeżości w zaduchu przyziemnych stresów… Infantylne pogaduszki, zdające się miażdżyć logiką wyrafinowane konwersacje dorosłych…. Bajeczki po kąpieli – albo z wątkami wydumanymi przez Zosię, albo odczytane z ulubionych książeczek – gdy leżał na plecach i opowiadał, a córeczka wtulała ciałko w jego pierś, zasypiając spokojnie na fali ojcowskiego oddechu… Cowieczorna kuracja relaksująca dla nich obojga, nie do zastąpienia turnusem w najdroższym sanatorium…

Niezależnie od nastroju taty, zawsze zarzuciła ramionka na szyję, objęła z czułością, cmoknęła w kłującą szczecinę całodniowego zarostu, rozbrajająco coś oznajmiła, o coś zapytała, o coś poprosiła. Na piąte urodzinki podarował jej domek dla lalek, który budował przez pół roku: dwukondygnacyjny, paropokojowy model z przeróżnymi mebelkami, kolorowymi tapetami, schodami, oświetleniem, kuchnią, łazienką, korytarzem, bogatym miniaturowym wyposażeniem (obrazki na ścianach, wieszaczki w szafach, zasłonki w oknach, kosz na śmieci, parasol, skrzyneczka na chusteczki, lampki na stolikach, klameczki w drzwiach itd.). Rarytas, będący dziełem umiejętności, artyzmu i serca. Zosia bawiła się przy domku godzinami, przestawiając z namaszczeniem laleczki czy pluszowe zwierzaczki z miejsca na miejsce oraz mrucząc dialogi w imieniu aktorów dziewczyńskiego przedstawienia, a jej inscenizacje napawały starego wzruszeniem i dumą.

Grafik wizyt co drugi weekend rozwiał ojcowski raj jak fatamorganę, pozostawiając trzydziestoletniego mężczyznę w zamazanych łzami, rozedrganych wspomnieniach o nieuchwytnej już radości. Nie zgłaszał obiekcji w obliczu szturmu rozjuszonej opiniotwórczo psycholożki dziecięcej: mama najważniejsza dla prawidłowego dojrzewania; mama niezastąpiona w tonowaniu emocjonalnym; mama uosobieniem bezpiecznego schronienia; mama instynktownie wietrząca kłopoty; mama super hiper. Potulnie nagiął się do wskazówek, poprzestając na periodycznych spotkaniach z Zosią, na czas których istniał wyłącznie dla niej. Spacerki w lesie, lody w kawiarence, harce w lunaparku, przejażdżki nad jeziorko, wyprawy do kina, wspólne przyrządzanie posiłków, bajeczki na dobranoc, ale… Ale prysnął czar poprzedniej niewymuszoności, przewidywalnego chaosu wynikającego z kaprysów bądź humorów, komfortu oddania się odrębnym aktywnościom – musieli niejako spędzać cenne minuty razem pod presją nadchodzącej, dwutygodniowej rozłąki. Okazjonalnie wyżebrał od eks-żony dodatkowe popołudnie – odrabiał wtedy z córeczką lekcje lub zabierał ją gdziekolwiek, co nie łagodziło narastającego napięcia pomiędzy nimi. Fachowcy chyba mieli rację, bowiem w niespełna dwa miesiące Zosia zaczęła sygnalizować podrażnienie w sposób szczególnie okrutny, mianowicie zgłaszając pragnienie rychłego powrotu do mamy: „Kiedy wracamy do mamy?”; „Czy już niedługo jedziemy do mamy?; „Mama czeka!”. Napomknięcia dokuczliwe, burzące resztki stabilności życia, taranujące wiarę w siebie. Ponownie robił coś źle. Z upływem czasu pojawiły się odmowy – nie chciała danego dnia pójść do niego. Błagał o chociażby godzinkę, lecz bezskutecznie. Dlaczego, dlaczego, DLACZEGO?!

Osamotnienie

Czytaj dalej: część II Odsłona 85 - Nowy rok - Część II

Publikacja umieszczona w kategorii FIKCJA | Format PDF (2.6 MB) – 5 części Pobierz 5 części publikacji Nowy rok w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: