Dzień w życiu Grzesia Polaka

Grzesio od rana łaził rozdrażniony, bowiem czekało go wyjaśnienie kwestii natury finansowej.

Otóż parę dni przedtem urząd skarbowy powiadomił go uprzejmie, iż zalega z podatkiem na kwotę (w przeliczeniu) około trzech tysięcy złotych. W załączniku przesłali oficjalnie wyglądający dokument upstrzony kolumnami, skrótami oraz kalkulacjami, okraszony frazeologią fiskalną nie do rozgryzienia. Rzeczą możliwą do rozgryzienia była natomiast ostatnia linijka kwitu: „Wisisz tyle a tyle”.

Wyglądało to groźnie…

Sprawa pachniała poniekąd szwindlem, ponieważ miesiąc wcześniej przelał na konto fiskusa sumę, którą nakazała uiścić zatrudniona przez niego firma księgowa. Czyżby zawodowi rachmistrze popełnili poważny błąd? Wysłał do nich migiem e-maila z prośbą o wytłumaczenie, kto i za co chce od porządnego obywatela aż trzy patole? Nie zareagowali, więc wysłał wiadomość raz jeszcze – wciąż brak odzewu… Nie pozostało zatem nic innego, oprócz zadziałania w stylu „vintage”, czyli zadzwonienia. W obecnej erze bezpośrednie konfrontacje męczą – trzeba wycisnąć numer, przebrnąć przez automatyczne ścieżki wyboru, posłuchać doprowadzającej do białej pasji uspakajającej muzyczki, a potem wysilać struny głosowe, to znaczy gadać (zazwyczaj do kogoś niezainteresowanego bolączkami petenta). Dlatego obudził się w złym humorze.

Niechętnie zadzwonił. Jedna z księgowych potwierdziła otrzymanie grzesiowej korespondencji, ale nie potrafiła znaleźć przyczyn, dla których tę korespondencję kompletnie olała. Słodkim szczebiotem, powtarzała: „Tak… No tak… No właśnie…”, omijając zręcznie konkretną odpowiedź odnośnie swojego lenistwa, niedbalstwa, tumiwisizmu itd. Zdołała jednak wyłuszczyć, że cztery lata temu jego pracodawca – w deklaracji dochodów, w rubryczce „Dodatek za podróże” – użył nieodpowiedniego kodu, zaś w kolejnych latach kodu prawidłowego, więc nastąpiła „scysja ze skarbówką”, trwająca zresztą do dzisiaj, o tę zaprzeszłą pomyłkę.

Grzesio wybałuszył oczy ze zdziwienia, nie pojmując wielu aspektów naświetlonego problemu: dlaczego nie poinformowano go o kłopotach wtedy, kiedy one zaistniały, czyli cztery lata temu? (wszak płaci za usługi, nie za owiewanie tajemnicą rozliczeń z organami fiskalnymi); dlaczego miałby bulić podatek za rekompensatę? (używa prywatnego samochodu służbowo, na przykład jadąc do przychodni podmiejskiej, za co zwracają mu za paliwo, więc guzik na tym interesie zarabia); dlaczego resorty rządowe nie nawiążą kontaktu gwoli sprostowania kodowego bajzlu? (Grzesia wynagradza urząd zdrowia, a daniny rachuje urząd skarbowy – obydwie kliki są państwowe i sąsiadują przez ulicę, być może przez korytarz). „Tak… No tak… No właśnie…” – miauczała coraz bardziej znudzona kobieta po drugiej stronie linii telefonicznej.

Po powyższej – jakże bezowocnej – dyskusji poleciał do wydziału pracowniczego w szpitalu. Tam, za mostrualnym biurkiem, otoczona zdjęciami o tematyce rodzinnej, siedziała naczelna kadrowa o gabarytach dorodnej słonicy, aczkolwiek zdecydowanie mniej od słonicy dziarska. Przejawiała oznaki życia wyłącznie poprzez poruszanie wargami oraz okazjonalne mrugnięcie powiekami (inaczej rogówki by jej wyschły, chociaż ślepota nie wydawała się być kalectwem w jej profesji). Posiadała ponoć synka – ktoś ją jakoś zapłodnił, co należało zakwalifikować do cudów wręcz biblijnych. Biadolenia Grzesia zbyła tradycyjnym, formalnym pytlowaniem: ona nic nie wie; to wina centrali; ona jeno wykonuje rozkazy; on musi sam rozwiązać ten cały chaos.

Widząc, że babie tłuszcz już dokumentnie przeżarł korę szarą, Grzesio eksplodował: co ona tutaj w zasadzie porabia, skoro enigmatyczna „centrala” mogłaby komunikować się z pracownikami bez jej szanownej obecności?; czy pochłania pensję za sterczenie na stołku tudzież obwieszczanie, iż nie nadaje się do niczego?; czyż jej funkcją nie jest czasami pomoc doktorom i pielęgniarkom w administracyjnych opałach?; czy marzy o starciu z prawnikiem, który szybko i przystępnym językiem wyeksplikuje, jakie są podstawy jej obowiązków? Tym razem mamucica ocknęła się z gnuśności – zasugerowała, aby firma księgowa wystosowała list precyzujący nieścisłości w deklaracji podatkowej, a wówczas ona wszystko załatwi.

Grzesio w końcu mógł poinstruować księgowego à propos dalszych kroków, niemniej jednak proceder dotarcia do prawdy i sensownego zainterweniowania zajął ponad trzy godziny.

Po południu zadzwonił do biura nieruchomości, poprzez które wynajmował dom. Parę tygodni wcześniej zgłosił do nich usterkę automatycznej bramy wjazdowej, która zaczęła otwierać się samorzutnie bez użycia pilota. Republika Południowej Afryki nie jest rajem bezpieczeństwa, więc drzwi, okna, lufciki, furtki oraz pozostałe włazy na posiadłość raczej nie powinny spontanicznie – niejako zapraszająco – stawać otworem. Agentka wpierw zaprzeczyła, że jakikolwiek e-mail kiedykolwiek do niej dotarł – kłamała, bowiem Gmail potwierdza datę i godzinę odbioru plus odczytania wiadomości. Przyciśnięta do muru, obiecała „już zaraz” zorganizować elektryka.

W chwilę później tyrknął do fabryki kartonów, gdzie zamówił miesiąc temu parę tekturowych pudeł. Kropka w kropkę powtórzyła się historia z poprzedniej rozmowy telefonicznej: niby nie dostali od niego zamówienia (a dostali na sto procent), po czym zagwarantowali uszanować zlecenie „natychmiast”.

Gdy odsapnął po stoczeniu pyskówek z dziwacznymi biznesami, które albo chciały kosić pieniądze za nic, albo w ogóle wykazywały brak pociągu do pieniędzy, zabrzęczała komórka – dziw nad dziwy, nieoczekiwanie dzwoniono do niego! Nareszcie jacyś uczciwi ludzie, skłonni do wywiązania się ze zobowiązań kontraktowych! Tymczasem w słuchawce zaświergotała ponętnie panienka z zakładu blacharskiego, kusząca Grzesia do oceny ich usług na skali od jednego do dziesięciu.

Tydzień wcześniej nareperowali jego brykę, bo niechcąco musnął słupek, zarysowując i nieznacznie wgniatając tylne drzwi oraz błotnik. Za remoncik zaśpiewali sumę, stanowiącą dziesięć procent wartości samochodu. Ubezpieczalnia pokryła dwie trzecie kosztów, pozostawiając go z niebagatelnym bilansem około półtora tysiąca złotych do zapłacenia (za lekkie przyklepanie dyskretnej wklęsłości i za sukcesywne zroszenie farbą śladowego otarcia). Zgodził się, bowiem kiedyś autko zapragnie opędzlować, a wówczas nawet draśnięcie na lakierze obniży cenę o połowę. Robotę wykonali wzorowo, lecz dopiero w dwa i pół miesiąca po autoryzacji ubezpieczyciela na naprawę uszkodzenia. Poprzysięgli dać cynk „niezwłocznie po zaimportowaniu części do wymiany”, lecz dali dupy – zapomnieli o Grzesiu, o jego Hondzie, o własnych gwarancjach, więc musiał ich ścigać, dusić, kopać, przypiekać ogniem itd., byle tylko zrobili to, co przyrzekli zrobić. Okazało się także, że żadnych podzespołów bądź kawałków karoserii nie musieli sprowadzać z zagranicy, zatem wrednie bujali. Napisał blacharzom e-maila, pełnego konsumenckich wyrzutów, którego treść potraktowali z charakterystyczną im werwą, czyli zignorowali.

Teraz nasłali kokietkę, by seksownym szeptem nakłoniła klienta do udziału w telefonicznej ankiecie na tamat jakości oferowanych przez nich usług. Ot tak, z ciekawości zagajają: „Czy poleciłbyś nasz serwis znajomym? Prosimy bardzo, na skali od jednego do dziesięciu, powiedz nam o swych impresjach.”. Oczywiście, indagującej laluni nie obchodziły frustracje Grzesia związane z początkową zwłoką, spowodowaną wyimaginowanymi bajkami o „imporcie części” – jej zadaniem było odhaczenie ptaszków w kwadracikach sondażu, więc coraz agresywniej naciskała: „No to poleciłbyś, czy nie?!”. Rozłączył się wściekły – konwersacja z kijem przyniosłaby więcej pożytku, względnie refleksji.

Około piętnastej zwolnił się u szefowej, by popędzić do wydziału komunikacji i odświeżyć „lincence disc” (obligacja właścicieli pojazdów mechanicznych w RPA – coroczny abonament za ekspoloatację dróg, udowodniony na przedniej szybie okrągłą plakietką, nazywaną elegancko „lincence disc”). Po pokonaniu korków (nie obyło się bez siarczystych, zawsze podbudowujących, polskich przekleństw) dotarł na miejsce, zaparkował, pokłusował do wrót urzędu, ale dosłownie zatrzaśnięto mu owe wrota przed nosem. „Za dużo ludzi! Przyjdź jutro!” – usłyszał z ust oddźwiernego murzyna. Grzesio omalże nie wybił mu zębów. Wykrzyknął do faceta: „Czekajże, ty diable! Kiedyś zawitasz skręcony z bólu do mojej izby przyjęć – też tobie poradzę ,przyjść jutro’!”.

Jadąc z powrotem roztrząsał sens tego cholernego „lincence disc”, słowem corocznego haraczu za wleczenie się przez korki po szosach: przecież ściągają potężne podatki z jego miesięcznego wynagrodzenia, poza tym wyłudzają forsę na bramkach autostradowych, a dodatkowo w cenie każdego litra benzyny kryje się opłata paliwowa – czyżby te wszystkie świadczenia na infrastrukturę motoryzacyjną nie wystarczały? Doszedł do wniosku, że taryfy za naklejki z pompatycznie brzmiącym nagłówkiem „licence disc” (iżby szofer nabrał przekonania o swym „licencjonowanym statusie”) są pożerane przez pensje tych, którzy te taryfy kasują, ewentualnie parają się barykadowaniem wejść do budynków państwowych szczekając: „Przyjdź jutro! Przyjdź jutro!”.

Smutny poczłapał do skrzynki pocztowej, gdzie zastał awizo na przesyłkę z Niemiec. Niestety, nie mógł od razu odebrać zakupionych klocków LEGO na poczcie, ponieważ nakazano mu wycieczkę na drugi koniec miasta do urzędu celnego, aby przedłożyć fakturę za zawartość paczki. Za zabawki sprowadzone zza morza każą płacić VAT. W dobie technologicznego postępu nie stworzyli jeszcze systemu, umożliwiającego przekazanie i paragonu, i VAT-u drogą elektroniczną – takiej wygody entuzjasta LEGO nie uświadczy, tylko musi zasuwać przez zaczopowane ulice, w smrodzie spalin, w spiekocie afrykańskiego słońca – hen! – do głównej sortowni.

Pozbawiony resztek sił i obojętny na cokolwiek dobił do domu. Zniesmaczony wydarzeniami myślał o ponurym stanie rzeczy tego świata: dlaczego musi pouczać księgowych, korygować potknięcia pracodawców, błagać firmy o usługi z góry opłacone, żebrać o wstęp do gmachów administracji publicznej, pokonywać kilometry w celu dopięcia duperelnych spraw? Nie, nie… Aż tak źle przecież nie jest… Zmęcznie wykoślawia opinię, uprzedza człowieka do bogu ducha winnych bliźnich… Po prostu, wyjątkowo pechowy dzień! Jutro będzie lepiej! Należy wierzyć, pałać pozytywnością, wzruszyć ramionami, oglądnąć w telewizji komedię dla rozrywki, przegryźć pralinką, zapalić papieroska!

Nazajutrz:

  • Na autostradzie uderzyła w jego autko drewniana, gruba płyta, wielkości około metr na metr. Ktoś przewoził niezabezpieczone materiały konstrukcyjne – silny wiatr zdmuchnął luźną dechę niczym piórko, więc pofrunęła ze świstem, akurat w kierunku Grzesia. Walnęła płaską częścią (na szczęście nie kantem) w pokrywę silnika, po czym poszorowała w górę i odbiła się od dachu, by polecieć dalej w poszukiwaniu innych celów. Zniszczyła wsteczne lusterko, potwornie porysowała lakier, zostawiła drobne wgięcia tu i tam. Szukanie winowajcy stanowiłoby zadanie bardziej wymagające, niż odnalezienie szpilki w stodole wypełnionej po dach poszatkowaną słomą.
  • Formalista z wydziału komunikacyjnego przegonił go od okienka, albowiem nowe rozporządzenia podkreślały niezbędność przedstawienia dowodu adresu zamieszkania przy opłatach za „licence disc”. Owego rozporządzenia, wydrukowanego na rachunku mikroskopijnymi literkami, nie zauważyłby sokół nawet przez grube okulary.
  • Ekspert, który miał naprawić bramę wjazdową, nie pojawił się pomimo solennych zapewnień, więc Grzesio niepotrzebnie spędził w chałupie parę godzin oczekując na nic.
  • Chciał zabić swoje rozżalenie sznycelkami z dość drogiego sklepu – po ich odpakowaniu rozszedł się po kuchni odór zgniłego mięsa…

Słoń to symbol szczęścia!

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Strona tytułowa magazynu Stowarzyszenia Polskiego w Kapsztadzie - Kapsztad.pl, kwiecień-czerwiec 2017, nr 40Może następnego dnia będzie w końcu lepiej?!

Dziwne – w Szwajcarii nie cierpiał z powodu ludzkiej niefrasobliwości, opóźnień, rozdętej biurokracji, niegrzeczności, przekrętów, bezczelności, ogólnego bezhołowia. Po pierwsze, pozazdrościć Szwajcarom sprytu i farta: rozbudowali bankowość do granic wyobraźni; faszerują ludzkość czekoladą, serem i lekami; wabią turystów ośrodkami narciarskimi; stroją nam nadgarstki najlepszymi zegarkami; gnieżdżą centra międzynarodowych instytucji humanitarnych. Po drugie, dysponują sprzyjającym rozwojowi sposobem bycia – są niestrudzeni, entuzjastyczni, uczciwi, solidni, punktualni.

O ile operatywności w biznesie możnaby się od nich nauczyć, o tyle atrybutów szwajcarskiego charakteru nie można ani skopiować, ani ich nabyć poprzez przepisy, ani do nich namówić wzniosłymi kazaniami. Takie cechy trzeba skądś mieć, bowiem wydają się one wręcz naturalne. Kwestia pewnej tradycji, przekazywanej wiekami z pokolenia na pokolenie, z rodziców na potomstwo: „Pamiętaj, dziecko, bądź sumiennym i pracuj nad samym sobą!”.

Publikacja umieszczona w kategorii MIGAWKI | Format PDF (0.6 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Dzień w życiu Grzesia Polaka w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

17 Responses to Dzień w życiu Grzesia Polaka

  1. Wilk na GPW says:

    Od dziś przestaję narzekać na opieszałość polskich urzędników i bałagan w małych przedsiębiorstwach, z którymi próbuje się nawiązywać współpracę.

    • Jak najbardziej! Załatwianie spraw urzędowych w Polsce to w obecnych czasach bajka w porównaniu z RPA. W Gdańsku wyrobiłem sobie prawo jazdy, dowód osobisty oraz zameldowanie w godzinę (dokumenty odebrałem później, ale sam proces był szybciutki, a budynek i obsługa bardzo przyjemne). Pakowałem się już od paru lat, głównie z tęsknoty, ale od dzisiaj zacznę pakować resztę, bo S&P (wkrótce Moody) obniżyła wczoraj notowania kredytowe RPA do poziomu śmieciowego. Afryka!

      • Wilk na GPW says:

        Właśnie zwrócił ostatnio moją uwagę pikujący od kilku dni kurs randa. Na tle państw afrykańskich gospodarczo dzieli nas przepaść, chociaż w porównaniu do wspomnianej Szwajcarii wciąż nam chyba nieco brakuje… ;)

      • RPA to dwa światy w jednym państwie: super zaawansowany i super biedny – ta sytuacja nie może trwać długo. Szwajcaria jest wyjątkowa, ale Polacy nie mają się absolutnie czego wstydzić. Rand z całą gospodarką RPA w końcu dadzą nura – sytuacja podąży tropem innych afrykańskich krajów, a w zasadzie nie „krajów”, lecz miejsc (kiedyś granice tych miejsc były ustalone przez Europejczyków), dlatego trzeba się pakować.

  2. lMdm says:

    A jednak przydał się ten dzień coby w umiarkowanie-klimatycznej Polsce zadumano się nad dziedziczeniem postaw i tym, co robić, by epigenetycznie zadziałać na genotyp, a przynajmniej fenotyp i jego siłę oddziaływania :)

    • Natura zawsze znalazła drogę, aby jakoś i epigenetycznie, i bezpośrednio mutacyjnie zadziałać, gdy genotyp (zatem i fenotyp) sprawia problemy. Ja zaś doświadczyłem i obserwowałem siłę oddziaływania genotypu, czyli poniekąd i mimochodem stałem się epigenetykiem :) Dziękuję za komentarz.

  3. Jak dobrze, że nie należę do tych, którzy zniechęcają się na widok takiej ilości tekstu. Ubawiłam się niesamowicie, idealna lektura na zakończenie wolnego. I nawet słonica się pojawiła! Gratuluję lekkości pióra, czyta się na tyle przyjemnie, że chętnie poszperam w archiwum i poprawię sobie humor na cały tydzień. Pozdrawiam serdecznie- trochę bardziej dziarska Słonica :)

    • Dziękuję za miły, dodający skrzydeł komentarz, który rozweselił mój poranek :) Archiwum jako takiego nie ma – witryna została tak zorganizowana, aby żaden tekst nie był ani starym, ani nowym. To mój „poligon pisarski”: próbowanie różnych stylów, szukanie swojego stylu i szukanie tego gatunku, w którym mi będzie najwygodniej. Serdecznie pozdrawiam i jak najbardziej zapraszam do lektury.

  4. Wracaj do Polski Grzesiu Polaku. Tu przynajmniej będziesz się wkurzal na swoich ;-).
    Milego i spokojnego dnia.

  5. Ewelina Gac says:

    Grzesiu, to już samo przeznaczenie woła, żebyś wracał. Nie może tyle nieprawdopodobnych rzeczy się wydarzyć bez powodu. Pozdrawiam serdecznie!

  6. ladegis says:

    A może zahaczyć o Szwecję? Jest tutaj monstrualny niedobór lekarzy!

    • Niedobór lekarzy jest wszędzie, zwłaszcza w sektorze państwowym. W Szwecji niedobór będzie rósł w miarę napływu uchodźców, bowiem ich kultura jest odmienna. Wiem coś o tym z pierwszej ręki, bowiem pracuję w środowisku o przeróżnych kulturach – trudno utrzymać poziom usług medycznych pod atakiem coraz to nowszych – już dawno zapomnianych – przypadków (oraz liczby tych przypadków). Do Europy, do Polski, niedługo wracam, a potem się zastanowię nad moimi dalszymi losami :)

      • ladegis says:

        Problem niedoboru lekarzy w sektorze państwowym w Szwecji polega też (oprócz napływu uchodźców) na częściowej prywatyzacji służby zdrowia i uzyskanych przez lekarzy możliwości sprzedawania swoich usługi z ramienia własnych firm co ogromnie zwiększyło koszty służby zdrowia i radykalnie zmniejszyło ilość przepracowanych przez lekarzy godzin. Podobną metamorfozę przechodzą obecnie pielęgniarki i położne. Niestety, te zmiany strukturalne w dużej mierze pogorszyły sytuację pacjentów. Doświadczyłam tego w okresie choroby męża.

        Mam nadzieję, że Grzesio Polak będzie kontynuował swoje interesujące wywody na różne tematy.

      • Dziękuję serdecznie za wszystkie opinie, za dyskusję.

        Rozrost sektora prywatnego w służbie zdrowia zawsze z czegoś wynika – bynajmniej nie wyłącznie z żądzy pieniądza, ale z lobbyingu lekarzy, którzy poprzez różne mechanizmy wykształcają alternatywne środowisko do praktykowania medycyny mniej stresującej. Byłem w Danii przez miesiąc na praktyce i widziałem poziom tamtejszej medycyny, który był po prostu kosmiczny. Takiego poziomu nie da się utrzymać bez rezolutnej kontroli i liczebności populacji, i podejścia populacji do kwestii profilaktyki.

        Lekarz czerpie większość satysfakcji z obserwacji efektów swoich interwencji. Te efekty są tym większe, im populacja jest bardziej zaangażowana w prewencję. Podejście przedstawicieli innych kultur do zapobiegania chorobom jest inne, niż europejczyków, stąd lekarze nagle ścierają się z inną medycyną, a zwłaszcza z zaawansowanymi następstwami bardzo niedopowiedzialnego stylu życia. Jest to pracochłonna, droga i mniej skuteczna medycyna, okradająca właśnie z satysfakcji i wysysająca budżet, co z kolei uderza mocno w ludzi, którzy tak ciężko pracowali na przyzwoite usługi medyczne. Stylu życia i kooperacji z wykształconą służbą zdrowia uczymy się poprzez kulturę danego społeczeństwa, od zarania, w rodzinie, w komunie, w szkole, przez dekady. Proszę mi wierzyć, nawał zaniedbanych przypadków (głęboko zaawansowanych poprzez odwlekanie pójścia po pomoc bądź poprzez zwykłe niedbalstwo) to bomba czekająca na ekspolzję w Europie. Może mój przyjaciel dopuści mnie do wykładu na Konferencji Transkulturalnej, a wówczas się wypowiem i podam statystyki.Tutaj nie mogę, ponieważ temat jest zbyt rozległy, skomplikowany, a poza tym delikatny z punktu widzenia obecnej polityki.

        Powyższy scenariusz rozgrywał się już w niejednym kraju, a RPA jest świetnym dowodem na deteriorację służby zdrowia w sektorze państwowym.

        Na pewno będę prowadził dalej swoje wywody, bo kocham pisanie. Ponieważ przechodzę obecnie przez trochę stresujące sprawy administracyjne, na moment zaprzestałem „tworzenia” – stres spacza treść i styl. Nie chcę też wiecznie narzekać, tylko zacząć wskrzeszać otuchę i może dać trochę natchnienia :)

      • ladegis says:

        Myślę, że jest wiele „prawd” w skomplikowanych strukturach społecznych.
        Również dziękuję za wymianę zdań i życzę powodzenia.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: