Z boku (Część I)

Nadszedł w końcu moment, kiedy Grzesio zorientował się w swojej bezsilności wobec przeciwności losu, bowiem nie było wręcz dnia bez złych wieści, przeszkód, opóźnień czy awantur. Osobiste cele bądź odnowę fizyczno-psychiczno-mentalno-duchową systematycznie tłamsiła nawałnica komplikacji, wobec których wizja piekła jawiła się ponętną: kąpielka w garncu z ciepłą wodą, masujące i rozgrzewające ukłucia diabelskimi widłami, czarująca atmosfera migoczących płomieni ognia, obnażone grzesznice w sąsiednich kotłach…

Szatany wywijające ogonami nie przestraszą już Grzesia, zahartowanego w bojach z bezdusznymi biurokratami, zadufanymi szefami, pazernymi biznesmenami, olewającymi obowiązki współpracownikami, niesumiennymi usługodawcami oraz całą bandą pozostałych pasożytów. Dodajmy do tego asortymentu polityków, podejmujących notorycznie decyzje niekompatybilne z rzeczywistymi potrzebami ludzi, ale na pewno kompatybilne z zakusami establishmentu.

Zaiste, w porównaniu z bezczelnymi dygnitarzami, Lucyfer w parze z Belzebubem stanowią igraszkę – przynajmniej nie kłamią. Kuszą, ale nie zmuszają, czyli dają wybór jasno przedstawiając sprawę. Poza tym podejmują wielki trud chodząc od drzwi do drzwi na niewygodnych kopytach i debatują traktaty z każdym obywatelem indywidualnie, zaś współczesny aparatczyk rujnuje egzystencję milionom jedną konspiratorską decyzją, kichając na konsultację ze społeczeństwem. Słowem, szatany nie są aż takie złe, jak je malują, a za oddanie na nich głosu wynagradzają natychmiastowo, sowicie tudzeż namacalnie, gdyż dawanie pustych obietnic byłoby dla nich nieetycznym.

Tymczasem Grzesio tkwił wciąż na ziemi, usidlony w gąszczu problemów. Gąszcz narastał samoistnie, jak przystało na tropikalny klimat w Kapsztadzie: co przetrzebił trochę pędów, nowe już tarasowały dopiero co zarysowującą się ścieżynkę ucieczki na soczystozielone pole wolności, po którym (tak sobie wyobrażał) hasałby z werwą młodego, nieskrępowanego koziołka.

Siedział więc wieczorem na ganku żłopiąc kawę, wypalając papierosa za papierosem i frenetycznie trzęsąc nóżką. Ciskał klątwy na prezydenta RPA Zumę, doprowadzającego wcale piękny kraj do powolnej ruiny, a przy okazji Grzesia do poważnych strat finansowych z uwagi na słabnący kurs południowoafrykańskiego randa. Przeklinał dostawcę drewna, od którego nabył pięćset szczap akacji do kominka, niestety zbyt wilgotnych by je spalić. Żądania oddania kasy spełzły na niczym, ponieważ Grzesio zaprotestował po upływie tygodnia od zwalenia kupy niesezonowanego drwa na podwórko (opylonego jako sezonowane), natomiast wielki pan kontrahent, dysponujący starym pick-upem plus dwoma murzynami do roboty, zacytował „zasady reklamacji i zwrotu towaru” podkreślających, że narzekać było dozwolone tylko w przeciągu siedmiu dni od wciśnięcia frajerom podrzędnego opału. Spopielenie mokrawej akacji rozpętywało organizacyjny koszmar (ekstra podpałka, podsuszanie przy ogniu, rozłupywanie na mniejsze kawałki) oraz nadąsanie niezadowolonej dziewczyny, która zamiast ciepełka doświadczała duszących, smołowatych wyziewów. Złorzeczył na rozkład dnia jutrzejszego – znowuż nici z basenu, jako że musiał odebrać formularz podatkowy ze szpitala, wysłać stos papierów do księgowego, potwierdzić notarialnie dwa dokumenty, skombinować plastikowy pojemnik na bambetle, spakować te bambetle, zakupić prowiant iżby nie umrzeć z głodu, nabić gazem butlę…

Patrzał przez drzwi werandy na swoją ukochaną – wykąpaną, opatuloną w szlafroczek, rozluzowaną na kanapie blisko grzejnika, kartkującą magazyn… Ani kolacji nie przyrządziła, ani naczyń nie zmyła, ani ciuchów nie wyprała, jeno wypoczywała, podczas gdy on latał w kółko zestresowany, stwarzając warunki do znośnego bytu! Cóż począć, jeżeli nawet najbliżsi sercu przemieniali się w faryzeuszy wykorzystujących jego poświęcenie!

Życiowe problemySzczepan SadurskiOdetchnął głęboko, zapadł w zadumę… Bezsprzecznie utkwił w jakimś kryzysie – w jakimś bagnie logistycznym, zalepiającym synapsy nerwowe i paraliżującym sensowną dedukcję. Jego mózg odzwierciedlał ciapę rozdygotanych neuronów, iskrzących zrywami – to tu, to tam – podczas przypadkowych spięć pamięciowych, produkujących oderwane obrazy najgorszych przeżyć. Te chaotyczne, apokaliptyczne migawki (rodem z malowideł Beksińskiego) katalizowały negatywne emocje, które z kolei rozkręcały wir sceptycznych scenariuszy na przyszłość, jeszcze bardziej pogrążając go w panicznej gonitwie myśli donikąd. Jeden wielki galimatias! Nie umiał skupić uwagi na niczym konkretnym, tracąc jednocześnie zdolność do oddania się przyjemnościom, za którymi tęsknił: aktywności fizycznej, czytaniu, pisaniu, oglądnięciu interesującego dokumentu, relaksacji…

Skoro należał do mędrców, potrafiących elokwentnie wyjaśnić fizjologiczno-anatomiczno-psychologiczne podstawy swojego zagubienia, zatem dlaczego nie był zdolnym wskazać środków zaradczych na wewnętrzne odrętwienie i na zanik energii niezbędnej do wdrożenia w życie stereotypowych rezolucji? Dlaczego zawładnął nim popłoch pomimo świadomości, że to właśnie popłoch go obezwładnia i sieje spustoszenia w postaci jeszcze większego popłochu? Jak przerwać błędne koło? Wszak doskonale doradzał innym, którzy wylądowali w identycznych opałach – przeprowadzał nie tylko klarowne analizy cudzych dylematów, ale i wyłuszczał pięknie cudze omyłki, na deser oferując trafne rozwiązania. Sobie zaś samemu sugerował nic oraz zero, preferując kiszenie się w marynacie łez rozgoryczenia, w którym peklował katastroficzne przepowiednie.

Lecz czyż on jeden grzeszył na talent punktowania cudzych błędów, symultanicznie wykazując indolencję w wykrywaniu identycznych błędów popełnianych przez siebie? Na przykład, wielokrotnie uczestniczył w męskich rozhoworach na temat jakiegoś kolegi, naiwnego wobec rozrzutności, dyktatorstwa lub niewierności partnerki – oto klient nie potrafił zarejestrować ewidentnych objawów wysysania go do suchej nitki, ku uciesze rozbawionych spektatorów widowiska. Tymczasem Grzesio dzielił łoże z kobietą, przyprawiającą mu rogi przez ostatnie dwa lata małżeństwa – piękne, majestatyczne, rozłożyste, solidne rogi, których jelenie mogły jeno pozazdrościć, a których dzierżyciel nie wypatrzył nawet przed lustrem.

Banalniejszy wzór hipokryzji prezentował Krzysio, przyjaciel Grzesia, kiedy obgadywał ich wspólnego znajomego za nachalność plus marudzenie: „Wiesz, sił już nie mam! Dzwoni i pierdzieli bzdury godzinami – ciurkiem te same farmazony. Wytrąbi parę kieliszków wieczorem, to i go język swędzi. Bez przerwy czegoś chce: zrób dla niego to, tamto, siamto, owamto. Cholera jasna! Ja nie mam czasu na tego starego, nudnego, leniwego, zachlanego dziada!”. Niewątpliwie, natrętny gość, powtarzający się niczym zdarta płyta, na domiar złego podpity, może przyprawić o siwiznę, nie wspominając o zrujnowaniu przyzwoitych stosunków, więc Grzesio przyklasnąłby powyższej narracji entuzjastycznie, gdyby nie pewien szkopuł – otóż Krzysio ględził monotonnym głosem analogiczne historie w trakcie każdej rozmowy, przerywając jakikolwiek komentarz Grzesia w pół zdania, na dobitkę coraz bardziej bełkocząc ze względu na duże dawki pochłanianego łyskacza. Z reguły też prosił o wyświadczenie przysługi, ewentualnie dwóch przysług, rzadko kontaktując się bezinteresownie (ot tak, aby zapytać o nastrój). Oto stary, nudny, leniwy, zachlany dziad ględził o podobnym starym, nudnym, leniwym, zachlanym dziadzie – jakaś choroba związana z podeszłym wiekiem.

Czyli symptom negacji, a przynajmniej wstydliwego maskowania, osobistych skaz bądź utrapień stanowił zjawisko bardziej powszechne. Współmierną plagą była niechęć poinformowania zaślepionych o tym, co wszyscy dostrzegali, ale trzymali w tajemnicy, debatując wady delikwenta zakulisowo albo po to, aby człowieka broń boże nie skrzywdzić, zirytować, rozjuszyć, zasmucić itd., albo pragnąc przedłużyć błazenadę czy tortury bliźniego ku poczuciu własnej wyższości. Jednakże opinia zewnętrzna jest niezmiernie potrzebna błądzącemu gwoli dania mu szansy na korektę postępowania, zatem dyplomatyczne zamykanie przed nim ust (w kwestii jego oczywistego nieobeznania, mankamentu lub zakłamania) nie rokuje pomyślnie – należałoby użyć tej dyplomacji celem delikatnego zaakcentowania ewidentnych spostrzeżeń, niekoniecznie miłych dla uszu adresata.

No tak! Grzesio zawsze wiedział, jak naprawić świat, niemniej jednak nie stosował w praktyce swych trafnych koncepcji! Przecież nigdy nie wytknął Krzysiowi przelewania z pustego w próżne, nadużywania alkoholu, eksploatowania innych do załatwiania tuzinkowych spraw – po prostu nie miał odwagi wyłożyć kawa na ławę osobistych obiekcji, obawiając się nieprzychylnej reakcji przyjaciela. Grzesiową obiektywność wyzwoliłoby wyłącznie jasne przyzwolenie Krzysia w formie prośby o poradę, ale nie śmiałby wtrącić bynajmniej taktownej dygresji w kontekście zwykłej pogawędki.

Ujrzał nagle groteskowy padół ziemski, pełen ponoć istot rozumnych, plotkujących zawzięcie o innych, aczkolwiek robiących dokładnie to samo, co oplotkowywani. Jakże zmienić chybiony osąd bądź doświadczyć odnowy moralnej, gdy szczerość otoczenia jest miażdżona przez lęki, dyskrecję, często złośliwość? Trudno obrać właściwy kierunek w smogu obłudy – jedynie psychopaci funkcjonują świetnie w zupie upichconej z fałszywych pochlebstw i przemilczanych upomnień.

Słowem, nikt nie pomoże ni pouczeniem, ni naganą! Grzesio pruł losowym kursem w gęstej mgle na statku pozbawionym kompasu – znikąd ratunku!

Znikąd ratunku? Doprawdy?

Czytaj dalej: Część II Odsłona 94 - Z boku - Część II

Publikacja umieszczona w kategorii MIGAWKI | Format PDF (0.5 MB) – 2 części Pobierz 2 części publikacji Z boku w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: