Kiedy nie można powiedzieć „Dość!” (Część II)

Skąpany w szczodrobliwości oraz tolerancyjności ojca, Jacek śmigał ze zwinnością rybki z zatoczki do zatoczki rozwojowej, niesiony nurtami samostanowienia. Przepłynął rześko akademicki akwen i wychynął na lądzie dorosłości wciąż nie będąc pewnym, czym chce się parać, o co właśnie chodziło! Był niby ten rozbitek na bezludnej wyspie, sondujący teren, zabiegający o przetrwanie, planujący starannie przyszłość, a nade wszystko odkrywający siebie. Wówczas, po lustracji okolic i sumiennej medytacji, postanowił kontynuować studia w celu zdobycia, za jednym zamachem, tytułu MBA (Master of Business Administration – magister zarządzania). Tata już zacierał rączki mniemając, że wydatki na uczelnię niedługo przejdą do historii, a tu masz babo placek! Mimo wszystko nie rozpaczał, albowiem Jacek sam podjął decyzję przebrnięcia przez żmudne, dodatkowe szkolenie. Grzesio widział, słyszał i czuł, że syn pragnął stanąć w szeregach kapitalistów wysokiego kalibru, przeto nie oponował – entuzjastycznie przyklasnął, zapewniając sfinansowanie przedsięwzięcia.

Gdy wykłady i zajęcia MBA dobiegały końca, Jacek zaczął nawet pracować w funkcji menedżera w lokalnej knajpie, za wcale przyzwoite pieniądze! Dziecko skwapliwie kroczyło więc obraną przez siebie drogą, donosząc papie same dobre wieści tudzież uzewnętrzając zadowolenie.

Minęły trzy kolejne miesiące, kiedy nagle obwieścił wyjazd z miasteczka uniwersyteckiego do Johannesburga, ponieważ otrzymał propozycję posady w międzynarodowej korporacji. Grzesio dyskretnie wyraził wątpliwości: czy nie lepiej wpierw dobić do edukacyjnej mety, a dopiero potem żeglować na głębokie wody? Syn był nieprzejednany: lepsze zarobki, migające światła metropolii, szerokie perspektywy, ogromny rynek itd. – wyświechtane argumenty, stymulujące do rozwinięcia skrzydeł, by poszybować ponad tłumem wymiętolonych konsumentów. Pozostały do zaliczenia jeno dwa małe projekty plus, oczywiście, sfinalizowanie pracy magisterskiej, co Jacek zamierzał podobno zrealizować „z palcem w nosie na odległość”.

Przeprowadzka, spanie kątem u kolegi, wynajem maciupkiego mieszkanka, rozpoczęcie harówki dla firmy, która (jak się okazało) rozprowadzała aplikację restauracyjną – takie oto łupy stanowiły pokłosie stanowczego ruchu w wielki świat. Z czasem telefoniczne pogawędki z synem zaczęły ubożeć w konkrety, mętnieć niczym bełkot coraz bardziej podpitych meneli. Szczególna chaotyczność dotyczyła wiadomości à propos postępów naukowych. Pomimo wysiłków Grzesia, dążących do wydłubania odpowiedzi na pytania iście podstawowe (co?; jak?; kiedy?; gdzie?), Jacek mamrotał na wzór chłystka, który coś przeskrobał: „Robią problemy z tym pierwszym projektem, ale poradzę sobie.”; „Mój promotor w kółko gmatwa sprawy. Nigdy go nie ma. Wszyscy się na niego skarżą.”; „Na razie czekam na e-maila z dalszymi instrukcjami.”.

Władanie cierpliwością nie oznacza inheretnego debilizmu, toteż rozjątrzony odrobinę Grzesio przykręcił wreszcie śledczą śrubę. Wszak miał prawo dotarcia do uczciwego raportu na temat sponsorowanych przez siebie studiów. Pewnego dnia zebrał się tedy na odwagę: zaparkował brykę przed myjnią, ale nawet nie wysiadł – szybko chwycił komórkę i zadzwonił do Jacka.

– Cześć tata!

– Cześć. Jak leci?

– Powolutku, powolutku… Wszystko okey – świergotał Jacek.

– No to świetnie. A co się dzieje z magisterką?

– Ech, opóźniają, kołują… Promotor wciąż nie daje znaku życia, a dziekan na urlopie.

– Jacek – podniósł głos Grzesio – do kiedy masz napisać pracę?

– Eee… Do połowy marca, ale przedtem jeszcze muszę poprawić ten pierwszy projekt. Z tym nie będzie kłopotu, bo to pryszcz. Poza tym…

– Jacek! – huknął Grzesio. – Od miesiąca zasuwasz o tym „pryszczu”, którego nijak nie potrafisz nagryzmolić, a władze uczelni, razem z promotorem, są permanentnie nieobecne. Zaraz do nich tyrknę, aby tę niespodziewanie długą absencję potwierdzić. Co się dzieje, do cholery jasnej?! Nie masz ojca po to, by go karmić bajdami! Teraz gadaj jak facet: kiedy dokończysz pisanie i korekcję swojej pracy magisterskiej? Kiedy mam przyjechać na ceremonię wręczenia dyplomów? O, poczekaj… Na witrynie uniwersyteckiej piszą, że gala odbędzie się drugiego kwietnia, więc już teraz kupię bilet lotniczy, zarezerwuję miejsce w hotelu oraz złożę podanie o urlop, dobra? Skoro wszystko stanowi dla ciebie pryszcz – szydził – więc z pewnością zaaprobujesz mój pomysł wcześniejszego zaklepania noclegu, bo poźniej będą przepychanki ze względu na masy rozradowanych rodziców, walących zobaczyć swoje utytułowane pociechy. Wolisz osobny pokój, czy może zamówimy podwójny dla oszczędności? Odwalę się w czarny garnitur, wyglancuję lakierki, założę ten kremowo-srebrny krawat Pierre’a Cardina, spryskam szyjkę pierwszorzędnym perfumem! Dla ciebie, syneczku, dla ciebie! Och, jestem taki szczęśliwy!

Zapanowała cisza, przerwana znowuż przez Grzesia.

– Co się dzieje?

– Nie zdołam… – westchnął Jacek. – Za dużo nagarnąłem na talerz: robota do siódmej wieczorem, codzienne zakupy, korki na autostradach… Nawet na zamknięcie gównianego projektu brak czasu, nie wspominając o pracy magisterskiej.

– Jakie są konsekwencje oblania projektu? – zapytał Grzesio, dzielnie opanowując jakąś emocję w nim narastającą, wcale nie pokojową.

– Wówczas trzeba powtórzyć cały kurs. Takie są regulacje szkoły biznesu. Ja już jednak podjąłem decyzję: nie będę tego dalej ciągnął. Nie sposób pogodzić kariery z tak intensywnym kursem – kontynuował obojętnym tonem, jakby nad czyś rozważał. – Potencjalnie, kiedyś, jeśli nadaży się okazja, sięgnę po MBA. Na razie dość męczarni. Zostanę tutaj, trochę popracuję, potem zobaczę. Na razie dość…

Wedle zaprzeszłych scenariuszy, Grzesio powinien przytaknąć, wzruszyć ramionami, pożyczyć sukcesów, może cosik delikatnie zasugerować, ale absolutnie do niczego nie zmuszać.

Tymczasem zawładnęły nim tajemnicze moce poza jego kontrolą, odblokowując mimowolne reakcje psychomotoryczne. Wpierw skamieniał, odbierając jackowy przekaz coraz mniej wyraźnie. Potem, z sekundy na sekundę, każdy jego mięsień doznał skurczu, a niepowstrzymany strumień łez zalał zmęczone, ojcowskie policzki…

Trwał tak, niezdolny do ruchu, opróżniony z myśli, z rozwartymi upiornie oczami, drgającymi wargami, niemy, ogłupiały, jakby belitośnie pobity i upodlony.

Tę skorupę paraliżu przebił przeraźliwy, bezwarunkowy jęk.

– Nieeeeeeeeeee! – wybuczał Grzesio przez ściśnięte gardło. – Po moim trupieee! Nieeeeeeeeeee! – ryczał jak zarzynany wół. Krztusił się. – Nie… nie ma „dooość”! Zakoń… zakończysz MBA teraaaz! Zaraaaz!

Ktoś zapukał w szybę samochodu, przerażony widokiem rozdygotanego, wyjącego w środku gościa. Grzesio odgonił intruza machnięciem ręki.

– Spokojnie, tata! – mówił przestraszony nie na żarty Jacek. – Poczekaj chwilę… Przecież ja sobie tutaj poradzę. Mam zawód i…

– Nieeeeeeeeeee! Przestaaań! – łkał oszalały Grzesio. – Zamknij sięęę! Ciszaaa! Twój par… parszywy zwóóód! Parszywa firma hinduskaaa, która zbankrutowała już w trzech krajaaach! Jesteś salesmaaan! Sprzedawca durnych aplikacjiii! Ludzie sra… srają na te aplikacjeee!

Wytarł zasmarkany nos w rękaw. Wciąż płakał, targany wściekłością zmieszaną z rozpaczą. Próbował uspokoić oddech, który rwał płuca spontanicznie, boleśnie.

– Słuchaj, synu – charczał przeraźliwie. – Spieprzyłeś sprawę, przeliczyłeś się… Teraz zrobisz to, co powiem… W przeciągu tygodnia porzucisz johannesburski bajzel. Daj wymówienie szefowi tego szemranego geszeftu, nie wartego funta przegniłych kłaków. Spakuj manatki, sprzedaj zbędne rzeczy, wybierz kwaterę niedaleko uniwersytetu, zabukuj lot. Ja za wszystko zapłacę. Pojedziesz z powrotem, przysiądziesz nad książkami, ładnie i bezdyskusyjnie wykonasz dokładnie to, czego profesory żądają. Jeżeli mi odmówisz, jutro osobiście przylecę do Johannesburga, skuję cię w kajdany, po czym dostarczę na uczelnię w bagażniku. Wynajmę murzyńskich wykidajłów, cobyś grzecznie ślęczał nad nauką, a nie nad butelką piwa w barze. Odbębnisz zaległy projekt, staniesz na baczność przed promotorem i karnie podporządkujesz się jego rozkazom – co do joty! Obronisz pracę magisterską na medal, a następnie odbierzesz certyfikat MBA z rąk rektora, podczas gdy ja będę wiwatował z trybun, jasne? A wiesz dlaczego to… to zrobisz? – ciągnął urywanymi frazami poprzez szloch. – Bo chciałeś! Tryskałeś podnieceniem, motywowałeś się, piałeś z zachwytu, widziałeś siebie w roli lidera! Guzik mnie obchodzi odznaka biznesmena fenomenalnego, ocykanego z tajnikami robienia z ludzi frajerów. Nie walczę o MBA, bo mam wszelkie dystynkcje i kwity w dupie, lecz o ciebie, o twoją pasję. Równie chwacko darłbym koty, gdybyś pałał żądzą zdobycia licencji hafciarskiego mistrza. Nigdy nie rezygnuj z tego, czego bezgranicznie chcesz, bo przywykniesz do deptania własnych idei, własnych marzeń, własnej duszy! Skończ to MBA, to zawsze będziesz człowiekiem o granitowej integralności, ufającym swej intuicji, a nie klakierem tych, którzy namawiają ciemniaków do pełzania w szambie status quo. Nie zdradzaj samego siebie, błagam cię chłopie… Bądź lepszy ode mnie, przerośnij ojca nieudacznika…

Rozum milczał, kiedy wywnętrzył swe serce.

Obaj nic nie mówili – dało się słyszeć tylko cichutkie pochlipywanie wyczerpanego Grzesia.

Po minucie Jacek wyszeptał obietnicę.

– Tata… Zrobię kropka w kropkę to, co mi kazałeś. Kocham cię ponad życie, tato…

Też płakał.

Syn odebrał dyplom MBA z rąk lektora, gdy dumny papa wiwatował z trybun. Świętowali gorliwiej niż inni, ponieważ wiedzieli, że celebrują zwycięstwo nieskażonego pragnienia nad szantażem środowiskowych dyktatów, promujących dulczenie w korporacyjnym boksie, koniecznie pod krawatem. Certyfikat traktowali jako symbol tego zwycięstwa.

Dychotomia edukacji

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Jacek pracuje obecnie dla autentycznej, renomowanej firmy międzynarodowej. Odwiedza różne kraje, daje prezentacje dygnitarzom rządowym, steruje wydziałem zatrudniającym dziesiątki pracowników, przedstawia przełożonym świeże koncepcje. Cenią go za błyskotliwość, przebojowość, uczciwość, rzetelność i niesamolubność, a jednocześnie za kuriozalną skromność. Nikt go jeszcze nie docenił za… tytuł MBA, który zresztą nie był wymagany przez pracodawców.

Jacka nie pociągał stopień naukowy, ale dowodzenie. Chciał dawać przykład, brać na siebie odpowiedzialność, wystawiać pierś za innych – takie posłannictwa wyliczał, gdy opisywał swą przyszłość, nie zaś specyficzne rangi, awanse, plakietki itd. MBA przedstawił sobie jako wyzwanie, pokonanie którego miało mu udowodnić te zdolności, które już posiadał, lecz których bał się uzewnętrznić.

Kiedy nie można powiedzieć „dość”? Kiedy kapitulacja tłamsi najgorętsze pragnienie, pozwalając utartym szablonom wygrać – jest to recepta na wieczną, beznadziejną przeciętność. Poprzeczkę namierzoną z własnej i nieprzymuszonej woli trzeba przeskoczyć, nawet jeżeli poprzeczka została ustawiona przez kogoś innego.

Grzesio nie uchronił siebie ze szponów trywialności, ale wyrwał z nich syna. Warto było użyć brutalnego nacisku – pierwszy i ostatni raz w rodzicielskiej karierze – by dziecko nie pozwoliło dyrektywie „dość” obedrzeć się z naturalnych skłonności.

Odsłona 93 - Kiedy nie można powiedzieć Dość! - Część I Czytaj część I

Publikacja umieszczona w kategorii OJCOSTWO | Format PDF (0.8 MB) – 2 części Pobierz 2 części publikacji Kiedy nie można powiedzieć Dość! w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: