Kiedy nie można powiedzieć „Dość!” (Część I)

Największym wyzwaniem dla rodzica jest przekonanie dziecka do zrobienia czegoś, czego dziecko zrobić nie chce, ale tak, aby dziecko jednak widziało potrzebę realizacji wrednego zadania, a potem odczuło satysfakcję z uwagi na posłuchanie rodzica.

Grzesio strawił większość swojego życia nad roztrząsaniem, jak wzbudzić w swoim synu Jacku podobną dyscyplinę, czyli jak błysnąć ojcowskim autorytetem efektywnie i bez wszczynania awantur. Misja to była nie lada ze względu na różnorakie wpływy, które wręcz naturalnie przeciwdziałały osiągnięciu celu: cechy osobiste Grzesia oraz ogólnie znane symptomy okresu dorastania.

Po pierwsze, wrodzona bezkonfliktowość Grzesia stała przeszkodą na drodze do proszenia, błagania, żądania, grożenia bądź innych metod egzekwowania czegokolwiek. Słowem, wolał zakasać rękawy sam, niż rozglądać się po okolicy za umyślnym do załatwienia sprawy, bowiem delegowanie utożsamiał z szukaniem zaczepki (któż łaknie być zapędzanym do roboty?).

Po drugie, nie istnieje na świecie człowiek, który kochałby pasjami zaścielanie łóżek, odkurzanie, pucowanie buciczków, mycie naczyń, pranie itd., więc naświetlanie niby pozytywnych aspektów partycypacji w takowych czynnościach jest wierutnym kłamstwem, hipokryzją na resorach. Przecież wszyscy (gołowąsy i sędziwi; biedni i zamożni; płeć żeńska, męska i inna) woleliby zwerbować gosposię, zaś czas rozrtwonić na rozrywkę, hobby lub leżenie brzuchem do góry. W dodatku Grzesio mieszka w RPA, gdzie nieposiadanie sprzątaczki przez białego jest nawet dla czarnych nienormalne: czyżby kolonialista zapomniał, po co tutaj przyjechał? Jak biedny syn ma wyjaśnić białej ferajnie w budzie, że ojciec nie zatrudnia służby? Zwariował, pomylił kraje, liberał jakiś czy co? Można wstydu się nałykać, zostać samotnikiem już w wieku szkolnym, nałapać złych ocen, oczy nad zdziwaczałym papą wypłakać… Reasumując, ciężko naświetlić komukolwiek sensowność zaangażowania w domowe obowiązki, zwłaszcza europejczykowi w Kapsztadzie.

Po trzecie, Grzesio żywił awersję do oficjalnej machiny nauczania, co wzmagało jego niesforność na polu tak odpowiedzialnym, jak wychowanie Jacka na użyteczną jednostkę społeczną. Sam został precyzyjnie ustawiony na drabinie kariery dzięki familijnym taktykom molestującym: kazaniom o wyższości wykształconych nad motłochem; wykpiwaniu niedochodowych pasji artystycznych; mamieniu wizjami niebotycznych zarobków ginekologów skrobiących czy chirurgów upiększających; podkreślaniu bezpieczeństwa oraz atrakcyjności stałego zawodu na czterdzieści lat (najlepiej w tym samym miejscu, bo zmiany lokalizacji stwarzają problemy logistyczne); indoktrynowaniu o powszechnym poważaniu utytułowanych mistrzów przez niezdefiniowanych szaraków. Kwestie wewnętrznych aspiracji tudzież autentycznego zainteresowania komplementowaną dziedziną ominięto niczym śmierdzącą kupę, zlepioną z ekskrementów naiwnych romantyków.

Asekuranckie strategie opiekuńcze tego typu mozolnie skleciły produkt końcowy „edukacji na matrycy”, czyli doktora bez krzty powołania, który ocknął się nagle po studiach w izbie przyjęć nie za bardzo pojmując, co tam porabiał: trzepotał ze zdziwienia powiekami, otoczony jakimiś zawracającymi gitarę, schorowanymi ludźmi. Broń Boże, nie miał nic przeciwko nobliwej profesji medycznej, ale nie czuł ku niej żadnych ciągot, analogicznie do podwodnego fotografa wyzutego z miłości do uroków morza – ot, mechaniczne pstrykanie fotek z kolejnej, nudej jak flaki z olejem wycieczki na rafę koralową.

Nie dziwota zatem, iż Grzesio napotykał potężne opory w uwypuklaniu zalet szkoły, ponieważ porównywał zorganizowaną oświatę do spychacza zrównującego ambicje do jednego poziomu, miażdżącego mimochodem kiełkujące tu i tam autentyczne marzenia i talenta. Uprzedzony, może przesadnie, do dydaktyki taśmowej, musiał zgrabnie żonglować argumentami przed Jackiem, któremu wpajał wolność wyboru, ale symultanicznie prowadził za rączkę do gmachu, gdzie niezależność oraz wyobraźnię ograniczał sztywny program.

Po czwarte, nad tajemnicą odporności młodszych na ostrzeżenia przekazywane przez starszych mędrcy zęby zjedli, pisarze pióra zgrzali, zaś naukowcy utkwili ślepym zaułku. Gdyby nabyte doświadczenia plus wiedza spływały automatycznie z pokolenia na pokolenie, homo sapiens byłaby rasą panującą we wszechświecie, a przynajmniej na planecie Ziemia zapanowałyby nieustannie rosnące szczęście i dostatek. Niestety, dojrzewający człowiek nie potrafi zinternalizować przestróg, jakkolwiek zasadniczych, głoszonych troskliwie przez seniorów otrzaskanych z egzystencjalnymi pułapkami. O, nie! Każdy musi wpierw sprawdzić, czy rozsądek nie jest jeno kretyńskim zabobonem – straszakiem zmurszałych grzybów na pełną werwy smarkaterię. Trzeba wybadać konsekwencje jazdy samochodem po pijaku, uprawiania seksu bez zabezpieczenia, degustacji papierosów bądź dopalaczy, ściągania na egzaminie, przemytu przez granicę, zrobienia sobie selfie na krawędzi przepaści, zaciągnięcia masy długów na masę bzdetów itd. Ryzykanctwo (określane dla pociechy ducha mianem „fantazji”, aczkolwiek nikt nic nowego nie wymyślił podczas eksploracji już znanego, i.e. podejmowania kroków z góry karkołomnych) przybiera wiele form, powodując spustoszenia w życiu nie tylko nastolatków.

Grzesio był zatem bezsilny w zapobieganiu wszelkich potknięć syna, skoro Stwórca popełnił błąd w konstrukcji ludzkiego mózgu, zapominając o zamontowaniu mechanizmu przeciwdziałającego beztrosce na podstawie wdrożonych z zewnątrz informacji, popartych zresztą tysiąckrotnie empirią. Poza tym sam nie wierzył w praktyczność chłostania batem, wychwalania armijnej dyscypliny w chałupie albo selekcjonowania kierunków kuszących intratnością, więc lawirował omijając standardowe bramki wychowawczo-motywacyjne stylem zbuntowanego narciarza slalomowego, prującego własnym kursem.

  • Zamiast nakazywać, zawierał pakt z Jackiem („Ja zrobię to, a ty tamto, czy raczej chcesz odwrotnie?”).
  • Zamiast rekomendowania męczących obowiązków domowych jako korzystnych dla kindersztuby, przemieniał je w swego rodzaju zabawę („Uporządkuj pokój, to będzie miejsce na zbudowanie tego zamku z kolocków.”; „Chodź, wyrzucimy śmieci razem, bo niedługo do kuchni nie wleziemy. Przy kiblach – tak dla jaj – postraszymy koty.”).
  • Zamiast gloryfikować dobre oceny czy wspinaczkę po szczebelkach kariery, wytykał namacalne pożytki łażenia do szkoły („Poznasz tylu kumpli, co niemiara!”; „Popływasz, pograsz w piłę, pojedziesz na fajną wycieczkę!”).
  • Zamiast chwalić tępe dziobanie politycznie poprawnych podręczników, uzasadniał opłacalność nauki per se („Uczysz się uczyć, co się tobie przyda, gdy kiedyś odnajdziesz swoją prawdziwą pasję – wówczas łatwo nauczysz się o tym, co cię zainteresuje, jako że będziesz już nauczony, jak się uczyć, kapujesz? Na razie kujesz dla treningu, ćwiczysz pamięć.”).
  • Zamiast karać za przewinienia (wyłączaniem komputera, więzieniem w czterech ścianach, szlabanem na imprezy, klęczeniem w kącie na grochu, łojeniem tyłka pasem – patenty wzmagające apetyt na kontynuację forsownie zakazanego), dyskutował opcje, które były dostępne dla sponiewieranego rezultatami niefrasobliwości Jacka, czyli sprytnie przedstawiał propozycję nie do odrzucenia („Wydałeś całe kieszonkowe, no i dupa zbita… Hmm… Mogę rozbić gażę z następnego miesiąca na dwie części – dać tobie trochę teraz, a resztę pierwszego. A ty co proponujesz?”; „Grożą tobie oblaniem roku za Afrikaans? Też nienawidziłbym tak chrobotliwego jęzora! Dlaczego w ogóle ten przedmiot jest obowiązkowy?! No nic… Możesz powtórzyć rok, kiblując z mniejszymi ecie-pecie, ple-ple, klituś-bajduś, ciamcia-ramcia, obsrane-majteczki brzdącami, ewentualnie poświęcić ekstra godziny na podszlifowanie afrykanerskiego slangu i zaliczyć semestr dla świętego spokoju.”).

Wynegocjowana mądrość

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Negocjował, debatował, uskakiwał, przykucał, zaczajał się, udawał idiotę, czarował – stosował wachlarz strategii na uniknięcie bezpośredniej presji, wytrwale propagując w Jacku indywidualność, autonomiczność i wiarę w siebie, nie zapominając jednakże o wyrobieniu w nim poczucia odpowiedzialności za własne czyny (by nie wyhodować przypadkiem narcystycznego psychopaty). Nigdy nie przymuszał, oferując synowi swobodę wyboru, którą zawsze wspomagał.

Czytaj dalej: Część II Odsłona 94 - Kiedy nie można powiedzieć Dość! - Część II

Publikacja umieszczona w kategorii OJCOSTWO | Format PDF (0.8 MB) – 2 części Pobierz 2 części publikacji Kiedy nie można powiedzieć Dość! w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: