Trudniej skończyć, niż zacząć (Część II)

Trudniej skończyć niż zacząć

Prawie każdy łaknie jakiejś konstruktywnej zmiany: przepędzenia mary nałogu, zoptymalizowania gospodarki czasem, doznania jurności, przygruchania partnera, wygenerowania asertywności, zwerbowania przyjaciół, otworzenia prywatnej działalności itd. By zaspokoić potrzeby tej rozgrymaszonej armii, na ratunek śpieszą wskrzesiciele ukontentowania: trenerzy, autorzy samouczków, psychoterapeuci, grupy samopomocy, ośrodki odwykowe, warsztaty, hipnotyzerzy, dietetycy, pracownicy socjalni, księża itd. Zarówno instruktorzy, jak i narzekacze podejmują syzyfowy wysiłek naprawienia nienaprawialnego, bowiem wszyscy są ofiarami spaczonego od podstaw systemu, który zapewnia błogostan dla maksimum 10% partycypantów.

Dumał nad tym groteskowym (poniekąd makabrycznym) dramatem na arenie obecnego status quo… Scenariusz napisano źle, a tylko malutka frakcja aktorów kojarzyła swoje role, wobec czego reżyserzy ponosili nieustanną klęskę, niezależnie od jakości aranżacji, nagłośnienia, kostiumów czy edycji dialogów – spektakl zawczasu był skazany na klapę. Jedyny środek zaradczy (by przemordować się przez kolejną odsłonę) stanowiły narzędzia kontroli: przepisy, musztra, groźby, kary dla bełkoczących, nagrody dla recytatorów. Oczywiście, po takiej tresurze nie pozostaje nic innego, tylko sięgnąć po konsolę PlayStation, pilota TV, kieliszek, strzykawkę, żeton w kasynie etc., po czym dać nura w fantasmagorię.

Natura wyposażyła człowieka w korę szarą po to, by się wyniósł ponad zwierzęce odruchy. Naczelną jej funkcją jest wygaszenie impulsywnych reakcji centralnego układu nerwowego, mających źródło w prymitywnym obszarze mózgu zwanym (łopatologicznie) „gadzim”. Niestety, ludzie zaprzęgli dar intelektu do złego wozu: zamiast ujarzmić pozyskaną potęgę (siebie samych), zaczęli ujarzmiać przyrodę.

Można powiedzieć, że ewolucja sprezentowała pradziadkom zabawkę o niespotykanej dotąd sile, mianowicie abstrakcyjne myślenie, ale nie w instrukcję obsługi tego wyjątkowego gadżetu, co jest analogicznym do wciśnięcia bobaskowi karabinu maszynowego w dłonie. W konsekwencji ludzie poszli po najmniejszej linii oporu i utożsamili swą przewagę z koniecznością odizolowania się od praw kosmosu, jakby tworzyli kastę bogów, biegłych w formułowaniu własnych praw, głównie ku nieustannemu zwiększaniu komfortu bytowania. Kombinowali, uzupełniali, doszlifowywali, rewaloryzowali i w rezultacie – na przekór założeniom natury – zmajstrowali matrycę, która właśnie podtrzymuje pierwotne instynkty. Jest wszystkim tak wygodnie, iż 90% obdarzonych biologicznym cudem, jakim jest imaginacja, krąży skołowana, okazjonalnie dokonując nieskładnych i niewiele obiecujących prób wykaraskania się z jałowizny czy nałogów, czyli wyswobodzenia się spod hegemonii czymś rozbudzonego „gadziego mózgu”.

Nie sposób wszak odgadnąć swego przeznaczenia, gdy indywidualna wartość jest oceniana na szablonie sztywnych odnośników, a zwłaszcza podług zamożności – pozycja w hierarchii społecznej staje się wówczas celem samym w sobie, uświęcającym (prowokującym) odrzucenie (nie zauważenie) autentycznych smykałek i marzeń. Szkoła wzmacnia to podejście, przygotowując do wspinaczki po drabinie kariery: ćwicząc zręczność przeskakiwania ze szczebla na szczebel; zaszczepiając pazerność na przykucnięcie na szczeblach blisko szczytu drabiny; trenując zbijanie drabiny do kupy (stercząc na jakimkolwiek szczeblu). Suplementarne idealizowanie drabiny następuje w rodzinie, mass mediach oraz w towarzystwie znajomych.

Ranga drabiny urasta do nadrzędnych, afirmując tym samym wpajanie wszystkim uczniom wiedzy o najmniejszych szczegółach drabiny, stąd pakiet przedmiotów obowiązkowych. Środowiskowo-edukacyjny drabinowy lobbying rozprasza wrodzonych humanistów matematyką, zapalonych chemików malarstwem, w duszy artystów geografią itd., sankcjonując dekoncentrację jako niewinną przygodę i metodycznie ignorując powołanie, a promując wzorowych wyznawców drabiniastego fetysza. Naczelną przynętą przy obraniu „kierunków” (już sprecyzowanych) jest kasa, natomiast dochodowość zawodu zależy od stanowiska na drabinie. Najlepszymi zarobkami cieszą się jednak bezkompromisowi szefowie drabinowego kompleksu.

W uszach rozbrzmiały mu okrzyki oburzenia, szyderstw, oskarżeń o herezje, parsknięć i dybań – kanonady przerywanej stukotem palców w czoła. Pomimo tej jakże przewidywalnej dezaprobaty jego poglądów, nijak nie poparłby systemu o rozbębnionej globalnie sławie niesprawiedliwego, wynagradzającego 9% populacji znośnym majątkiem, 0,1% fortuną, a 0,01% krociem tak nieprzebranym, że w kolosalności aż karykaturalnym. Obrońcy wspomnianych proporcji upadli chyba na łeb, ale najprawdopodobniej cierpią na objawy uboczne zakorzenionej wiary w prawidłowość dewiacyjnego „stanu rzeczy”.

Kto ma dobrze

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Furiacki nacisk drabiniasto-pieniężnego kultu ingeruje w osobistą selekcję zajęcia bądź profesji do granic absurdalności, ponieważ ponad 90% wyląduje na bezkresnych pustkowiach mentalnych, gdzie wyłącznie przysposobienie do dystrakcji, wpojone w ramach zinstytucjonalizowanej dydaktyki, przynosi wytchnienie, najczęściej w formie zrazu „nieszkodliwego” nałogu – inaczej czyha na delikwenta grobowa posępność. Orędowanie tym udokumentowanym, żałosnym perspektywom udowadnia wyparcie przytomności umysłu przez utarte credo, a wynika z nieświadomości istnienia jakiegoś prawidła naturalnego, wytyczającego awangardowy, przełomowy, stuprocentowo stabilny kurs rozwojowy dla sponiewieranych tułaczką po bezdrożach ludzi.

Po prostu, nikt nie wie o banalnej metodzie zmiany systemu z katorżniczego na bajkowy. Niewiedza ogranicza postrzeganie, zrzucając kotwice zabobonów, a propozycja alternatywy wznosi zaporę, scementowaną lękiem o utratę ciepłej posadki, o zanik autorytetu, o wyjście na błazna, o gruchnięcie z piedestału władzy, o unicestwienie religijnych dogmatów, o wyparowanie profitów. W epokach przed Chrystusem, gdy termin „planeta” jeszcze nie figurował w słowniku, zaś do prawa powszechnego ciążenia Newtona było daleko, nadmienienie sugestii o krągłości ziemi rozbawiłoby słuchaczy do rozpuku: „A toś walnął, jak łysy warkoczem o skałę! Toż ci po drugiej stronie pospadaliby niczym kamienie z urwiska! No, dalej, przespaceruj się po sklepieniu naszej jaskini, jasnowidzu – jak łupniesz w dół i rozbijesz tępą czachę, to uleczysz debilizm, ty bezczelny kłamczuchu! Ha ha ha!”. W mniej odległych wiekach kapłani spaliliby dowcipnisia publicznie na stosie za rozsiewanie podobnych fake news. Nowość w postrzeganiu rzeczywistości musi być wytłumaczona, potem bezspornie uwidoczniona, na końcu wdrożona w życie (by przyzwyczaić obywateli do innowacji) – akcja wymagająca cierpliwości, albowiem konserwatyści stanowią armię o przepastnych brzuchach i wielkich apetytach na komenderowanie motłochem, więc bez strzeżenia klasycznych mechanizmów działania wyginą jak muchy. Dla przykładu, dzieło Mikołaja Kopernika „O obrotach ciał niebieskich” (obalające kościelną doktrynę geocentryczną na rzecz heliocentrycznej) czekało dwieście lat, gromadząc kurz na watykańskich półkach, zanim reżym katolicki udzielił stosownej autoryzacji na druk, by kolejni papieże nie wyszli na bęcwałów zbyt szybko.

Wierzył, że inteligencja nie skapnęła na człowieka ot tak sobie, lecz w ściśle określonym dla wszechświata celu, którego nikt jeszcze nie ogarnął. Kardynalnym posłannictwem inteligencji jest rozgryzienie dylematu, po co się inteligencję w ogóle ma. Dlaczego niby powstała istota rozumna, skoro mędrkowanie nie wygląda na atrybut potrzebny do przeżycia? Spryt, ogień i broń ostra wystarczą, aby zdominować królestwo zwierząt, jednakże myślenie wyższe (dociekliwość, kontemplacja, studiowanie, rozpamiętywanie itd.) wręcz zawraca gitarę, rozdrażnia, w niczym konkretnym nie pomaga, ewidentnie przeszkadza.

Pozornie przeszkadza… Ewolucja nie bez kozery udoskonaliła mózg w fizjologiczne i biochemiczne procesy, katalizujące roztrząsanie metafizycznych zagwozdek – ewolucja właśnie chce przybliżyć odpowiedzi na złudnie nierozstrzygalne pytania: „Po co żyję?”; „Jaki jest sens tego wszystkiego?”; „Gdzie jest moje miejsce?”. Ewolucja nalega, aby człowiek poznał jej sekrety, aż do przeniknięcia praw sekwencji naturalnych zjawisk – do stopnia zgłębienia własnego… przeznaczenia. Nie ma innego motywu, dla którego siły stwórcze pozwoliłyby jakimś dwunożnym ssakom na przyjemność medytacji.

Filozofia da natchnienie, logika uprzędzie aksjomat, obserwacje wyłonią przedmiot analizy, a nauki ścisłe udostępnią rozwiązanie zagadki racji bytu – w typowym algorytmicznym stylu, sznurami wpierw skomplikowanych równań, sukcesywnie topniejących w krótsze szeregi działań, doprowadzających do soczystego, zwięzłego wzoru, i.e. reguły zawiadującej dowolną serią epizodów zamanifestowanych we wszechświecie. Ani przestrzeń, ani czas nie ograniczą trafności równania, eliminującego przypadkowość raz na zawsze ze sfery wyobraźni. Spece od grafiki komputerowej zaprezentują mnogość audiowizualnych i holograficznych modeli, by przystępnie uplastycznić przepyszny fenomen czwartego wymiaru, czyli przewidywalności jakiegokolwiek ciągu wypadków. Przysłowiowy „palec boży” znajdzie eksplikację w zaiste niebiańskiej, aczkolwiek wykoncypowanej przez adamowe plemię, zasadzie.

Ludzkość przebrnie przez emocjonalny huragan zaprzeczeń, gniewu, negocjacji i goryczy, zanim zaakceptuje porażkę poprzedniej, opartej o niewiadomą jutra realności. Telewizja, radio i internet popękają w szwach od newsów, dyskusji, artykułów, komentarzy, tweetów, postów itd. dotyczących #4thdimension, zaś placówki dydaktyczne, świątynie oraz pozostałe miejsca publicznych zgromadzeń zostaną zalane spanikowanymi tłumami, domagającymi się drobiazgowych informacji na temat „przepowiadania przyszłości”.

Biegli z różnych dziedzin zainicjują serię wykładów, oswajających zdezorientowane masy z brzemiennym w dalekosiężne skutki odkryciem, a przy okazji obalających naiwne konkluzje: nie chodzi o wróżenie z kart czy kryształowej kuli, tylko o dostosowanie cywilizacyjnej ekspansji do wszechobecnego, dotychczas nieznanego przepisu, podług którego dokonuje się akt kreacji czegokolwiek we wszechświecie, na dowolnym poziomie struktur martwych i żywych (atomu, komórki, organizmu, galaktyki). Nieprzestrzeganie tegoż pryncypium wiedzie do nieuchronnego fiaska (zwyrodnienia, degeneracji, wymarcia, anihilacji), zaś przestrzeganie umożliwia „nabranie wiatru uniwersum w żagle”, zatem skomponowanie takiego systemu, który automatycznie wyeksponuje i wyzwoli najoptymalniejszą predylekcję każdego człowieka.

Słowem, zniknie incydentalność wyborów – wszyscy ujrzą swe i innych przeznaczenie jak na dłoni. Oprócz inherentnego, od dawien dawna posiadanego wyczucia złego i dobrego, wykrystalizuje się dodatkowo antycypacja celowego i daremnego: nikt nie zacznie nic, czego nie potrafiłby skończyć. Wątpliwości co do kompetencji czy intencji bliźniego także przejdą do historii, eliminując tym samym sens rywalizacji, egzaminów, rekrutacji, kumoterstwa, łapówkarstwa itd. Upadną orientacje polityczne, czyniąc z demokracji, komunizmu, socjalizmu, kapitalizmu, liberalizmu plus reszty ideologicznych wypocin nic nie warte banialuki – jak filozoficzna doktryna może współzawodniczyć z prawem fizyki? Każdy polityk w końcu znajdzie prawdziwe zajęcie, adekwatne do wykrytej w sobie zdolności.

Samorzutna, akuratna detekcja predestynacji wyrobi w każdym uzależnienie od praktykowania osobistego talentu, wypierając szkodliwe dystrakcje poza horyzonty jaźni. W nowej sferze interpretacji świata zabraknie miejsca na rozkojarzenie – słodkość pożytecznych poczynań odurzy ludzi z impetem jednego z zaprzeszłych, wstydliwych nawyków, o których z nostalgią powspominają dziadki i babcie, pokazując wnuczkom zdjęcia popielniczek, półlitrówek, hamburgerów, czipsów, kart kredytowych, prochów, konsol do gier, żywności w plastikowych opakowaniach i innych akcesoriów, niezbędnych do osiągnięcia stanu zbydlęcenia.

Gdy wszyscy zaczną robić nałogowo dokładnie to, co dyktują indywidualne aspiracje, nastąpi akceleracja postępu zestrojona z życzeniami natury. Fanatyczne uskutecznianie najprawdziwszych pragnień wypełni posady nie amatorami materialnego zysku, a bezkonkurencyjnymi fachowcami. W obecnym systemie mniej niż 10% zapalczywych coś kończy, ponieważ kusi ich szmal, ewentualnie szpan – skłonności, smykałki, marzenia, pomysły etc. nie zmotywują do akcji. Miedziaki czy pozerstwo są, niestety, dopingiem o niskiej, kilkuprocentowej wydajności – są zaledwie pretekstem, nie sensu stricto motorem.

Tylko trzeba znać tę regułę, regenerującą strupieszałe w wyziewach konsumeryzmu pasje i zastępującą negatywne w skutkach uzależnienia tymi pozytywnymi, by odwrócić statystyki do góry nogami… Cóż, wbijanie rozsądku w czerepy jeszcze nigdy nie sprowokowało poważniejszych korekcji ludzkiej niefrasobliwości – trzeba odkryć to prawo, wyłuszczyć je, zobrazować, przekonać, zaaplikować.

Na razie natura podszeptuje, iż jej procesy nie są zdane na rzut kostki. Różyczki głupiego kalafiora układają się spiralnie podług ciągu Fibonacciego, nie zaś w kwadraty, trójkąty, okręgi czy pokrewne kanciasto-koliste, super-symetryczne, rażące oczy konfiguracje. Stosunki w przyrodzie też nie przypominają hierarchicznych, tylko horyzontalne – poszczególne elementy układanki życia dzierżą ekwiwalentną odpowiedzialność za synergię, wzrost plus adaptację, z wyjątkiem mutantów homo sapiens, trzymających resztę gatunków za ryje i siebie nawzajem za mordy.

Kiedyś ktoś udowodni, że im bardziej człowiek odstaje od algorytmów dyrygujących kreacją w kosmosie, tym bardziej się unicestwia: co rozbabrze tego nie skończy, bowiem nie potrafi zakończyć tego, co go w międzyczasie rozbabra.

Patrzał na gałązki drzewa za oknem, wabiących oko plejadą ruchów: drgały, podskakiwały, bujały się… Każde kiwnięcie – mniej lub bardziej zamaszyste, w prawo bądź w lewo, do góry bądź w dół – było pozornie niespodziewane, lecz on każdego z niecierpliwością oczekiwał i, co dziwniejsze, każde niejako przewidywał, jakby ta sama fala niosła i niego, i listki, jakby na tej samej fali się kołysał.

Ukojony tą równowagą perferkcyjnego współgrania, odnajdywał się…

Wyciągnął dłoń w kierunku ogrodu – jego przeznaczenie gdzieś tam się kryło, zakodowane w wibracjach natury…

Odsłona 95 - Trudniej skończyć niż zacząć - Część I Czytaj część I

Publikacja umieszczona w kategorii FILOZOFIA | Format PDF (1.0 MB) – 2 części Pobierz 2 części publikacji Trudniej skończyć niż zacząć w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: