Trudniej skończyć, niż zacząć (Część I)

Trudniej skończyć niż zacząć

W niedzielę po południu zasiadł nad laptopem, by przygotować plan akcji na następny tydzień. Nie robił tego od dłuższego czasu – zaprzestał pewnego dnia, gubiąc nagle wiarę w pożyteczność pszekształcania życia w harmonogram. Ponieważ ostatnio począł jednak tracić kontrolę nad mnożącymi się niczym karaluchy „rzeczami do załatwienia”, a szczególnie nad wizją swojej nawet niedalekiej przyszłości (czyli zdefiniowaniem czego właściwie chce), postanowił ponowić rutynę skrupulatniejszego organizowania doczesności.

Oprócz godzinowego rozkładu obowiązkowych zajęć na każdą dobę, dokument zawierał rubryczkę punktującą osobiste cele do osiągnięcia – mieszaninę dyrektyw „co zacząć” lub „z czym skończyć” – gwoli fizycznego, duchowego, a także finansowego remontu. Z przerażeniem zauważył, iż wszystkie skazy, zakwalifikowane parę miesięcy temu do usunięcia, wciąż trwały, znajdując w nim przytulne środowisko rozwojowe: oto spozierały na niego spode łba jak wierne psy na swego pana, skomląc o litość, o rezygnację z zamierzeń wyrzucenia ich na bruk z uwagi na człowiecze uprzedzenia. Przecież i tak powrócą pod drzwi, merdając wstydliwie spuszczonymi ogonkami, by wślizgnąć się do środka mimochodem, a potem obskoczyć i wylizać go radośnie na okazję reintegracji.

Sprawy do załatwienia

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Wbijał tępo wzrok w otwarty na ekranie plik. Kursor migał zapraszająco, jakby puszczał oczko: „Co dzisiaj dodamy, bo nijak nie możemy niczego wymazać z listy?”. Opadł na oparcie fotela z niewyraźną miną, spojrzał przez okno na drzewa w ogrodzie…

Opatulone listkami gałązki kiwały się bezwiednie – raz szybciej, raz łagodniej – w nierównomiernym rytmie powiewów wiatru. Ta spontaniczność ruchów i pogłosów przyrody zawsze wpływała na niego uspakajająco, balsamicznie. Dlaczego? Dlaczego doznawał uczucia błogości obserwując oceaniczne fale, leżąc na wznak w lesie lub siedząc na kamieniu w górach, jednakże doświadczał stresów stawiając wykalkulowane – ponoć racjonalne – kroki? Czyżby człowiek był naturalnie przystosowany do funkcjonowania w przypadkowości, nie zaś w cywilizacyjnym porządku opartym na symetrii, schematach, grafikach, zakazach? Czyżby tylko naturalne bodźce środowiskowe – jakże nieprzewidywalne – potrafiły sterować energią ciała i myśli poprzez magiczną synchronizację z wewnętrznym kompasem ludzkim?

Pogubił się na moment… Tyle pytań w związku z trywialnym zadaniem ułożenia tygodniowej ramówki! Co mają liście czy morze wspólnego z kalendarzem mityngów bądź rejestrem ambicji?!

Zaraz, zaraz – gdzie utknął? Aha, rotrząsał mierne postępy w rehabilitacji fizyczno-mentalnej, czyli w pieleniu duszy z charakterologicznych chwastów i oczyszczania szlaku rozwojowego z zawalidróg pożerających czas, przez co zaniedbywał kultywację świeżych sadzonek – nowych misji, zrodzonych na łonie pragnienia – już wkopanych w grządki tabeli programu MS Excel. Rozpoczętego nie kontynuował i nie kończył, dopuszczając do uwiądu obiecujących kiełków, natomiast kiedyś nabytego nie umiał zakończyć, zażarcie pielęgnując już rozrosłe zielska. Całość przedstawiała antytezę normalnej hodowli – efekt pracy ogrodnika opętanego psychozą uprawy pasożytniczej flory, który kompulsywnie, wbrew nagorętszym intencjom, płacząc nad własną ułomnością, powolnie rujnuje gospodarstwo.

Wiedział, że nie był odosobnioną ofiarą tak zwanej „słabej woli”. Nieubłagalne statystyki malują depresjonujące widoki na sukces w finalizacji powziętych zamierzeń.

  • Jedynie 8% urealni noworoczne rezolucje.
  • Mizerne 3% zapalonych, samozwańczych entuzjastów pióra napisze książkę.
  • Nie więcej niż 5% nałogowców pozostanie członkami Anonimowych Alkoholików, Anonimowych Hazardzistów lub Anonimowych Narkomanów przez okres dłuższy niż rok.
  • Około 5% żądnych gibkości, ewentualnie muskulatury, wytrzyma w fitness clubie ponad rok regularnie ćwicząc. Rachuba ta pomija obiboków (odwiedzających przybytek dla szpanu dwa razy w miesiącu, paradujących pomiędzy sztangami w drogich, markowych strojach sportowych i bardziej zajętych smartfonem aniżeli treningiem) oraz dorywczaków (mających sporadyczne napady wyrzutów sumienia, podczas których intensyfikują zaprawę przez jeden – może dwa – tygodnie w roku).
  • Tylko 10% nowicjuszy w biznesie rozkręci firmę (nawet osiedlową kanciapę) na dobre.
  • Circa 35% blogerów będzie wciąż aktywnie blogować po roku. Liczba ta spadnie do mniej niż 10% po trzech latach.

Zatem trudno skończyć raz przedsięwzięte…

Analogicznie, ciężko zakończyć coś już rozkręconego, lecz zgubnego bądź nieintratnego.

  • Zaledwie 5% grubasów zrzuci wagę i zachowa względnie przyzwoitą (niekoniecznie szczupłą) sylwetkę, zaś wyczerpana dietami reszta odbije utracone kilogramy z namiastką, nagromadzając jeszcze więcej sadła. Niektóre dane sugerują większy odsetek pomyślnych wylinek z tłuszczowego kokona – aż do 35%. Kompilacja wszelkich rezultatów końcowych doprowadza do wniosku, że poniżej 10% korpulentnych stanie się nieco smuklejszymi.
  • Porachowanie trzeźwych alkoholików sprawia problemy, bowiem kuracjusze skrzętnie ukrywają nawroty nałogu, a poza tym tropienie ich po wyjściu z ośrodka odwykowego nie należy do łatwych. Generalnie przyjmuje się, że jeno 5% porzuci butelkę na zawsze.
  • Niespełna 6% zwycięży w walce z paleniem tytoniu.
  • Co dziwne, 65% sflaczałych, którzy stracili entuzjazm do systematycznej odnowy fizycznej, ciągnie członkowstwo w fitness clubach przez lata, w ogóle tam nie zaglądając! Niedoszłe szprychy tudzież nieziszczeni kulturyści nie dają rady skasować poleceń zapłaty za słone abonamenty, biernie obserwując comiesięczny odpływ gotówki z konta. Dalsze 30% łasych na wymodelowanie uczęszcza do tych drogich sal gimnastycznych zbyt sporadycznie, by wydatek nazwać łebską inwestycją.
  • Z olbrzymiej puli 60% nieusatysfakcjonowanych z wykonywanego zawodu, ratem 3% podejmie inną pracę. Słowem, aż 97% zawiedzionych nie odstąpi od wykonywania niepociągającej roboty, woląc z jakiegoś powodu tkwić w obojętności, monotonii, pasywności czy podobnych letargicznych stanach.

Wyniki badań naukowych zależą od wielu zmiennych (grupy wiekowej, kraju, rasy, długości obserwacji, rozrzutu monitorowanych wskaźników itd.), a także od wpływów bardziej subiektywnych (przez kogo, a przede wszystkim dla kogo, przeprowadzono doświadczenia lub ankiety – przystoi zwrócić uwagę na podmioty sponsorujące, często zakamuflowane). Pomimo inherentnych mankamentów statystyk oraz potencjalnej stronniczości poszukiwaczy arytmetycznych prawd, z wielu przeszperanych źródeł wyłania się jednak stała reguła dotycząca ludzi, którzy albo chcą coś dokończyć, albo wedle logiki powinni coś zakończyć: maksymalnie 10% podoła misji, z czego pewna część na jako tako – perspektywa zaiste parszywa, sugerująca przepełnienie globu ziemskiego obywatelami sfrustrowanymi, unieszczęśliwionymi porażkami, zaplątanymi w sieci śmiesznych nawyków, wegetującymi na autopilotach. Ekstrapolując te dane na inne (mniej popularne, przeto nie zmierzone oficjalnie) aspekty życiowych wyborów bądź aspiracji można przypuszczać, że ułamki będą zbliżone: ilu podekscytowanych zbieraniem znaczków zostanie autentycznymi filatelistami?; ilu mieszkających w zagraconych mieszkaniach wywali zbędne bambetle?; ilu lamentujących na nudę urozmaici sobie dzień?; ilu ugrzęźnie przed telewizorem, otumaniona losami bohaterów mydlanych oper?

Pomyślał o ciekawym zbiegu okoliczności: otóż odsetek osób realizujących indywidualne cele jest podobny do odsetka przeróżnych nałogowców. Wszak 10% populacji to alkoholicy, 8% to narkomani, 3% to hazardziści, 11% to zakupoholicy, 7% to erotomani. Pewna hipoteza aż sama cisnęła się na usta: predyspozycja do uzależnienia się od szkodliwych substacji lub aktywności była równa predyspozycji do samospełnienia się, oscylując w granicach 3% – 10%. Inaczej to ujmując, ludzie równie żwawo popadają w fatalne, jak i korzystne nawyki, chociaż miażdżąca większość preferuje te pierwsze – ale dlaczego? Bo lubią? Bo tak jest i kropka? Bo jakieś tajemnicze moce spychają homo sapiens w przepaść odurzenia, maniactwa, odrętwienia?

Hmm… „Tajemnicze moce”, jak wyczytał, nie bywają przesadnie enigmatyczne, ponieważ kapitaliści zdają się dostrzegać skłonności klientów do destrukcyjnych uzależnień z równoległą absencją werwy do pielęgnacji poczciwych zamiłowań. Na bazie tej gnozy budują zresztą biznesplany.

  • Właściele fitness clubów przyjmują od dziesięciu do dwudziestu razy więcej członków, niż pozwala na to pojemność i oprzyrządowanie ośrodka. Wiedzą, że ponad 90% początkowo ochoczych albo przestanie uczęszczać, albo będzie zaglądać od wielkiego dzwonu, utrzymując tym samym maleńką – w najbardziej optymistycznych założeniach dziesięcioprocentową – grupkę prawdziwych pakerów.
  • Producenci oraz dystrybutorzy napojów alkoholowych uzyskują ponad 60% dochodów z kieszeni pijaków (którzy pochłaniają dziesięciokrotnie więcej etanolu aniżeli przeciętniacy). Gdyby nagle wszyscy alkoholicy wytrzeźwieli na zawsze, interes wysechłby dla wielu sklepów, winnic, browarów, rozlewni, barów, destylarni itd. – bez opijusów, żuli i meneli stałby się nieopłacalny.
  • Wiele firm planujących gry komputerowe zatrudnia (to nie żart) psychiatrów w roli doradców. Zadanie „doktorów od głowy” polega na douczaniu informatyków o wizualnych bądź wyzwalanych manualnie elementach programu, które przyśpieszą ukształtowanie obsesji wśród graczy. Szacunkowo 8% młodzieży w wieku od ośmiu do osiemnastu lat nałogowo klika przyciskami konsoli, myszki lub smartfona, przeczesując wirtualne zakamarki, namierzając wirtualne skarby, mordując wirtualnych wrogów, akumulując wirtualne trofea, zdobywając wirtualną sławę oraz (co najważniejsze) dokupując wirtualne rozszerzenia. Warto zainwestować parę tysięcy w psychoanalityka, podszeptującego co i jak, aby wprowadzić w obłęd miliony, skasować fortunę, po czym osiąść na wcale niewirtualnej posesji, z dala od ciżby zatopionej w cybernetycznych odmętach.

Coż, nie czas, a wiedza to pieniądz… Wyglądało na to, że przedsiębiorcy albo specjalnie wymuszali negatywne w skutkach zachowania, albo wyzyskiwali okazje stworzone przez szerzej pojęty, oparty na błędnych koncepcjach, system. Tak czy siak, nie wierzył w naturalne tendencje człowieka do samozniszczenia – był raczej przekonany o zespole sztucznych czynników, tłamszących wspaniałe talenty poprzez ujeżdżanie ludzkich słabości, aczkolwiek ten proces trwał nie ze względu na zmowę zakonspirowanych elit, ale wskutek powszechnej, niezachwianej ufności w poprawność już ustalonych schematów życia.

Podsumowując, postulował fundamentalną aberrację funkcjonowania współczesnych społeczeństw, opartą na paradygmatach niezgodnych z ewolucyjnym posłaniem zaawansowanego gatunku homo sapiens. Pra-pra-przodkowie – mając jak najlepsze zamiary – sknocili pierwotnie organizację rozrastających się komun, zapobiegając – zupełnie niechcący – płynnej koegzystencji istot rozumnych. Kolejne generacje, polegając bez szemrania na „historycznej spuściźnie”, czyli na „doświadczeniu przekazanym z pokolenia na pokolenie”, dodawały świeże (korekcyjne) moduły do chybionej z zarania konstrukcji mniemając, że kroczą ku zacności, sprawiedliwości, demokracji i dobrobytowi, ale de facto wciskając się głębiej i głębiej w ślepy zaułek, w którym marne 10% skłębionych mogło znośnie pooddychać.

Bzdury? Bajędy? Halucynacje biadolącego nieudacznika, zwalającego winy za swą impotencję na jaskiniowców, starożytnych Rzymian, ojców oświecenia, francuskich rewolucjonistów, innych reformatorów? Absolutnie nie! Nic nie spotęguje urodzaju, kiedy sad rośnie na niedopowiednim gruncie, a żaden ekspert nie ma zielonego pojęcia o priorytetowej roli żyzności podłoża. Przycinanie pędów, podlewanie, spryskiwanie, pielenie, chuchanie na pączki kwiatowe, sadzenie gęściej, sadzenie we wzorki, stawianie wiatrochronów, naświetlanie lampami fluorescencyjnymi, krzyczenie na pnie tudzież zaklinanie konarów nie wzmogą wydajności jabłoni bądź grusz: jeno 10% owoców nada się do spożycia, zaś 90% zwiędnie w szczątkowej fazie dojrzewania. Paradoksalnie, sadownik, konsumenci i agrotechnicy będą żyli w przeświadczeniu o normalności sytuacji (podsycanej przez urzędową propagandę sukcesu), podczas gdy plony zwielokrotniłaby dziesięciokrotnie relokacja plantacji na nasyconą elektrolitami, obfitującą w substancje organiczne, pulchną glebę.

Prostackie porównanie? Cóż, kiedyś widziano w Słońcu boga, indoktrynowano o płaskości ziemi, hołdowano nadprzyrodzonym mocom króli. O ile wynalazki i odkrycia naukowe umasowiły edukację, obaliły wiele asercji, usprawniły logistykę, oddaliły datę zgonu – ogólnie podniosły komfort doczesnej wędrówki – o tyle nie spowodowały jeszcze zasadniczej transformacji ku efektywnemu wykorzystaniu przeogromnych zasobów zdolności, zduszonych w milardach pogubionych śmertelników przez niejako odgórnie narzucony pasywizm.

Statystyki plus zwykłe obserwacje bezdyskusyjnie potwierdzały nierówną wojnę podświadomych ludzkich tęsknot z potwornym pociągiem do kretyńskich repetycji, używek, uników i całego kolażu niewyeksplikowanych manier, które przeczyły zdrowemu rozsądkowi. Przecież żaden z tych uzusów nie był wrodzony, lecz nabyty – nie natknął się nigdy na brzdąców w pieluszkach, pokrzykujących nerwowo: „Łojciec, kopsnij szluga, bo płuco świrzbi!”. Dzieci nie przejawiają genetycznej inklinacji do samozagłady, ale z pewnością kopiują starych, kują z programowych podręczników, podpatrują dorosłych ziomów, są bombardowane trendami – bezustannie nasiąkają ułomnym otoczeniem, oferującym samospełnienie dla (w najoptymistyczniejszych scenariuszach) 10% koleżanek i kolegów. Na resztę czeka przyszłość – delikatnie to ujmując – refleksyjna, przepełniona dociekaniem kwintesencji istnienia oraz momentami zdumienia zmieszanego z szokiem. Mówiąc dosadniej, 90% grona obudzi się na planie rodem z dystopicznego filmu, wessana wir pogoni za czymś nieuchwytnym.

Czytaj dalej: Część II Odsłona 96 - Trudniej skończyć niż zacząć - Część II

Publikacja umieszczona w kategorii FILOZOFIA | Format PDF (1.0 MB) – 2 części Pobierz 2 części publikacji Trudniej skończyć niż zacząć w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

9 Responses to Trudniej skończyć, niż zacząć (Część I)

  1. Masz rację. Trudniej skończyć niż zacząć. Powie Ci o tym każdy alkoholik, palacz tytoniu i zakochany.

    • Absolutnie! Zawsze zastanawiałem się jednak dlaczego tak jest? Istnieje uzależnienie fizyczne i psychiczne. Trudno złamać te pierwsze, aczkolwiek ból jest krótkotrwały – wielu przez niego przechodzi, aby jednak wrócić do nałogu po jakimś czasie ze względu na uzależnienie psychiczne. Dziwne, że w obecnej fazie zaawansowania cywilizacyjnego, nie potrafimy efektywnie pozbyć się tak glupiej rzeczy, jak szkodliwego nałogu, natręctwa, bezsensownego przyzwyczajenia – te sprawy są tak wręcz automatyczne, że fizjologicznie łatwo wytłumaczalne, zatem i do wyleczenia, i do przeciwdzałania. Niestety, banalnie prosto można je również wskrzesić, co wykorzystuje doskonale marketing.

      • Nie wiem jak trudno jest złamać fizyczne uzależnienie od alkoholu. Wiem jak trudno jest odzwyczaić się od palenia papierosów. Nie potrafię wyjaśnić na dlaczego niektórzy powracają do nałogu. Mówią, że alkoholikiem jest się do śmierci. Nawet wtedy, kiedy się przestanie pić. Przypuszczam, że u osób, które zerwały z nałogiem, pozostaje jakiś zapisany w organizmie ślad, w jakiejś uśpionej komórce. Obudzenie jej kolejną dawką alkoholu powoduje powrót do nałogu palenia, bądź picia alkoholu.

      • Dokładnie. Są ludzie mniej i bardziej podatni na uzależnienia, mniej i bardziej skłonni do funkcjonowania w trybie „do wyczerpania” (pracoholicy, zakupoholicy itd.). Masz rację, alkoholikiem zostaje się do końca życia, czyli po „dawce przypominającej” nałóg znowuż się rozpęta – kwestia procesów biochemicznych, jak najbardziej zakodowanych w genach. Przełamanie uzależnienia fizycznego jest bolesne cieleśnie (bóle, drgawki, poty, bezsenność, koszmary itd.), co stosunkowo krótko trwa. Gorsze jest uzależnienie psychiczne – odstawienie alkoholu, tytoniu czy zgubnych rutyn wywołuje pustkę, niepokój, depresję – te stany dosłownie przybijają człowieka, a trwają bardzo długo (stąd konieczność przedłużonej terapii psychologicznej). Powrót do nałogu zabija te stany depresyjne, więc „pomagają”. Jest wiadomym, że wiele niewinnych czynności bądź zajęć, które wykonujemy na codzień – mechanicznie, niby dla rozrywki – ma identyczny mechanizm fizjologiczny, co hardcore nałogi (jak narkomania), aczkolwiek bez tak masywnego odurzenia (spaczenia jaźni czy zaburzeń myślowych). Naukowcy poznali wiele fizjologicznych i biochemicznych procesów, stojących u podstaw nałogu, zaś psychoanalitycy znają pociąg człowieka do natychmiastowej gratyfikacji. Problem polega na tym, że ta wiedza naukowa została wykorzystana do wywoływania uzależnień, ale nie do zapobiegania im. Na przykład, każda reklama odwołuje się nie do sensu stricto funkcji towaru, a do pragnień ludzkich („będziesz bogatszy”, „będziesz szczęśliwszy”, „będziesz miał więcej przyjaciół”, „będziesz ładniejsza” itd.), aby wpierw wzbudzić pożądanie, a później (poprzez inne mechanizmy marketingowe, albo poprzez specyfikę używania przedmiotu) wywołać czyste przyzwyczajenie.

  2. palanee says:

    Trudniej skończyć – to prawda. Sama znów stoję na rozdrożu, by wreszcie podjąć właściwą decyzję i trzymać się jej kurczowo.

    Ciekawym spojrzeniem na kwestię nawyku, bo w sumie wszystko się do tego sprowadza, jest książka „Siła nawyku”, która też brutalnie odsłania nie tylko sposób działania alkoholika, ale właśnie działów marketingu. I to one bardzo skutecznie wykorzystują u nas chęć zdobycia szybkiej nagrody. I wcale nie trzeba sięgac nawet do alkoholu, a wystarczy przykład zwykłego szamponu. Pieni się? Działa! Nie pieni się – na pewno szajs. A tak naprawdę piana jest tylko dla nas (natymchmiastowa „nagroda” – wiemy, że coś się dzieje), w żaden sposób nie wspomaga procesu mycia. Tak jak wspominasz uzależnienie psychiczne jest trudne, bo wymaga zastąpienia jednego nawyku drugim. Nadpisania ścieżek, które wygenerowaliśmy wcześniej. I wymaga to od nas wielkiego wysiłku.

    • Bardzo ciekawe uwagi. Nie słyszałem o tym pienieniu się szamponu, aczkolwiek ilość trików utylizowanych przez marketing idzie w tysiące, więc trudno je wszystkie znać. W jednej z mojej odpowiedzi w tych komentarzach poleciłem trzy serie dokumentów do oglądnięcia, które doskonale wyjaśniają metody używane w marketingu, a także skąd się te metody w ogóle wzięły (nie będę powtarzał tytułów w tej odpowiedzi). Gorąco polecam – pozwalają one zrozumieć dogłębnie, jak sprytnie jest nawyk wyrabiany u konsumentów. Co najzabawniejsze, wszystkie z owych metod przeniknęły do… polityki (albo polityków się sprzedaje, jak towar na półkach, albo polityk coś sprzedaje, jak towar na półkach). Formowanie nawyku zaczyna się poprzez reklamowanie nie samego produktu, ale poprzez wyzwalanie pożądania pewnych atrybutów u kupującego ten produkt (piękna, siły, przyjaźni, bogactwa, zadowolenia itd.).

  3. Bardzo interesująca jest Twoja wypowiedź w części dotyczącej reklam. Znam taką odzywkę, która mówi, że znajdzie się głupi, który to kupi. I oczywiście zostało to wykorzystane w reklamie czegoś dla pań. Chyba jakiś kosmetyk. Zdanie brzmiało: „Jesteś tego warta”. Inne reklamy nawiązują do popędu seksualnego. Kiedyś ktoś chyba przeżywał szczytowanie, reklamując podnośnik do samochodu.

    • Szczytowanie przy używaniu podnośnika?! Ha ha ha! Ręce się załamują… Absurdalność zdaje się nie mieć obecnie granic. Odnośnie reklam i marketingu, gorąco polecam (jeżeli jeszcze nie miałeś okazji obejrzeć) dwie serie BBC: pierwszą zatytułowaną „The Men Who Made Us Spend” oraz drugą, zrealizowaną przez Adama Curtisa „The Century of the Self”. Nie znam tłumaczeń tych tytułów na język polski (czasami polskie tytuły odbiegają od dosłownych tłumaczeń), ale przypuszczalnie istnieją wersje z polskimi napisami (albo można napisy ściągnąć). Inną ciekawą serią jest „Philosophy: Guide to Happiness” (realizacja: Alain de Botton – brytyjski filozof). Wszystkie te trzy serie dają ogrom wiedzy na temat manipulacji ludzkich pożądań oraz z tym związanych wyborów konsumenckich. Bardzo solidny materiał, poparty naukowymi wykryciami, teoriami psychoanalitycznymi plus licznymi przykładami. Wszystkie dokumenty powyżej należą do produkcji oficjalnej, zaś zawierają materiał mocno krytykujący obecny stan rzeczy (konsumeryzm, politykę, nieetyczność marketingu itd.). Świetnie, profesjonalnie zrobione, szalenie ciekawe, tylko… No właśnie: tylko KTO je ogląda?

      • Na pewno oglądają je twórcy, a i to tylko po to, żeby sprawdzić, czy ktoś to ogląda. Oczywiście pamiętam o trafiających przypadkiem i nielicznej grupy osób interesujących się takim zagadnieniem.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: