Kiedy należy powiedzieć „Dość!”

Dzieci funkcjonują „na kredyt” przez przynajmniej ćwierć swego jestestwa, opróżniając rodzicielskie portfele szybko, zgrabnie i bez żenady. Oprócz stereotypowych wydatków z tutułu edukacji, przyodziewka, prowiantu, dachu nad głową oraz kieszonkowego, współczesna latorośl wymaga gadżetów plus rozrywek, przy czym takowe potrzeby rosną nie wprost proporcjanalnie do upływu lat, ale parabolicznie, bez względu na domowe dochody, wskaźniki inflacyjne, klimaty polityczne w kraju czy wręcz wojny światowe.

W styczniu wystarczały dwie stówki, a już w grudniu pół kafla stanowi głodową stawkę „na styk”, pokrywającą zaledwie mizerną, pełną wstydu wegetację. Wszak wszyscy znajomi mają hojniejszych starych – ten argument, utylizowany bezpośrednio lub podstępnie przez praktycznie każdą pociechę, zakłada absencję pułapu szczodrobliwości, a tym samym nieskończoność zasobów pieniężnych na kuli ziemskiej, bowiem zawsze istnieją jacyś bardziej opiekuńczy (i.e. rozrzutniejsi) tatusie bądź mamusie.

Łebscy synowie i cwane córeczki operują arsenałem trików, za pomocą których wyłudzają kasę niczym profesjonalni szulerzy, ciesząc się finansowym wsparciem rodzicieli przez dekady, nawet po osiągnięciu kwalifikacji zawodowych tudzież po zdobyciu pracy. Z drugiej strony, starzy przechodzą przez emocjonalny magiel poczucia żalu względnie winy, w uścisku którego trudno odmówić ciągłego dokładania banknotów do wygasającego w oczach pieca egzystencji dzieci. Cóż poradzić, kiedy zamiast żaru życia postrzega się dogasające, spopielałe węgielki żebraczego bytu? Toż ból łamie serce na widok tak marnych postępów materialnych już ponad trzydziestoletnich, ukochanych pacholąt! Pacholęta zresztą podsycają te wyrzuty sumienia lamentami na ponoć nieznane rodzicom aspekty codzienności, na przykład wysokie ceny.

W końcu jednak należy zaprzestać działalności charytatywnej, by nie rozwydrzyć dorastającego człowieka dokumentnie. Nie można przecież czekać do momentu, gdy emerytura zamajaczy na horyzoncie, a czeluście grobu zaczną straszyć po nocach – toć każdy pragnie wydać zarobiony grosz na coś wymarzonego, wyłącznie dla siebie, jeszcze przed śmiercią.

Kieszonkowe

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Grzesio stanął przed analogicznym dylematem, mianowicie kiedy i jak powiedzieć Jackowi: „Dość! Od teraz musisz utrzymać się sam!”. Niełatwa sprawa dla ojca, wychowującego jedynaka samotnie. Syn był jego żaglem, wydymającym się pod naporem tchnienia miłości, dodającym energii w sytuacjach kryzysowych, przepychającym łódeczkę ich żywota przez wzburzone fale przeciwności losu. Grzesio potrafił przełknąć dowolne upokorzenie, znieść dowolną męczarnię, pójść na dowolny kompromis dlatego, że dobro Jacka było celem nadrzędnym. Tworzenie iddyllicznego środowiska rozwojowego było dla papy rozkoszą, aczkolwiek pociągało za sobą poważne koszta, o których z kolei młodzieniec nie miał zielonego pojęcia – ten stan rzeczy groził wyrobieniem u chłopaka niebezpiecznej iluzji o forsie albo rosnącej gdzieś na drzewach, albo spadającej jak manna z nieba.

Cały rebus wychowawczy polegał więc na zagwarantowaniu najlepszych z możliwych (czyli najdroższych) warunków dla syna w okresie dorastania ale tak, aby jednocześnie wyrobić w nim odpowiedzialność finansową, zatem przygotować do niezależności od tatusinej sakwy.

Grzesio myślał, iż zadanie było banalnie prostym, wymagającym jeno systematycznego wdrażania nauki o płacach, świadczeniach, oszczędnościach, zbytkach itd. Odsłaniał też kulisy swoich budżetowych zagwozdek, przedstawiając synowi spowijającą społeczeństwo sieć przychodów i rozchodów. Słowem, przyzwyczajał Jacka do samodzielności w rzeczywistości bezwględnej, opartej na cyfrach.

Dokształcanie pekuniarne przebiegało świetnie: chłopak potakiwał, rozumiał, wylewnie dziękował za przekazane – jakże praktyczne – mądrości. Później zaczął studiować MBA (Master of Business Administration – magister zarządzania biznesem) – kurs niewątpliwie zwielokratniający wiadomości z zakresu komercji i uczulający na rozsądne gospodarzenie kapitałem.

Dodatkowo zawarli pakt: gdy Jacek dostanie posadę, Grzesio wspaniałomyślnie zafunduje ubezpieczenie medyczne przez rok, uiści kaucję za wynajętą kawalerkę (uwzględniając wstępne miesięczne komorne), dorzucając gratis na wyżywienie aż do dnia zainkasowania pierwszej pensji. Co tam – niech smyk ma na zdrowie! Rozwód natury materialnej wypada przeprowadzić etapowo, gwoli uniknięcia potwornego szoku po zderzeniu z realnością. Grzesiowa skarbonka miała pozostać dla syna otwarta tylko w charakterze ostatniej deski ratunku, w razie wyjątkowych komplikacji, na wypadek nieprzewidzianego nieszczęścia.

Powyższe operacje, podchody, umowy, tłumaczenia (ba!, nawet wykłady MBA) miały – niestety – finał odwrotny od zamierzonego. Okazało się, że definicje wyjątkowości, komplikacji, nieprzewidywalności czy nieszczęścia były rozmazane niczym zarys krajobrazu w burzy śnieżnej, ponieważ pech zdawał się prześladować Jacka nieustannie, zaś zażegnanie kolejnych katastrof mogło nastąpić wyłącznie poprzez przelew nie ojcowskiej otuchy, ale twardej gotówki.

Grzesio miękko oponował, próbując podsunąć synowi alternatywne drogi wyjścia z pułapek, zastawionych na osobników utożsamiający luksusy z jakimiś przepisowymi standardami, których nijak nikt nie oferował (złośliwie) za darmo. Poczciwie zalecał dyscyplinę, skromność, ciułanie, dbałość o posiadane rzeczy, czerpanie pociechy z tanich reakreacji bądź bezpłatnych aktywności (czytanie lektury, jogging w letni wieczór, medytację, oglądnięcie ciekawego dokumentu i podobne frajdy).

Niestety, powyższe zacne pomysły nie zainspirowały Jacka na tyle, aby zrewaloryzował swoje apetyty, a wręcz przeciwnie – roztropność wydawała się rozjuszać wschodzącego biznesmena skuteczniej, niż częstowanie przemożnie zgłodniałego lwa listkiem sałaty. Naiwny czerep ojca był regularnie zbijany gradem sarkastycznych uwag, przeplatanych błaganiami o dojrzałość w progresywnej, konsumenckiej epoce.

Sponiewierany oskarżeniami o wsteczność Grzesio ustępował, targany raczej współczuciem, broń boże nie oświeceniem w dziedzinie nowoczesnych trendów na wieczne dopasowywanie się do trendów (dziwne hobby, okupione pustą – ale za to modną – lodówką). Pomiędzy jego a syna kontem przepływał więc strumyczek stówek i tysiączków, zaś cechą znamienną strumyczków jest nieodwracalność cyrkulacyjna – zawsze rwą od źródła do ujścia, ginąc bezpowrotnie w odmętach większych akwenów. Nie sposób wydłubać strumyczków ze spienionych rzek lub ze wzburzonych fal morskich!

Po paru miesiącach takiego współżycia, bynajmniej nie symbiotycznego, zasiedli razem do dyskusji na tematy motoryzacyjne. Nadeszedł termin decyzji wymiany wiekowego, powypadkowego samochodu Jacka na brykę znośniejszą, nie pachnącą nagłą rozsypką pośrodku autostrady. Środek lokomocji w RPA musi przejechać z punktu A do punktu B niezawodnie – po prostu musi, aby zapewnić przeżycie właściciela oraz pasażerów. Nagła awaria w trakcie pokonywania trasy grozi śmiercią z rąk przypadkowych przechodniów.

Grzesio poparł inicjatywę, służąc przyjaznym uchem. Syn upłynnił sfatygowanego Mercedesa, uzyskując fundusze na depozyt niezbędny do nabycia autka nowego, zatem bezusterkowego, zatem godnego zaufania, zatem arcykosztownego. Padły frazy znamionujące długotrwały kierat: dealer, leasing, oprocentowanie, raty, kontrakt. Jacek wyselekcjonował markę i model, po czym odpalił laptopa w celu wypełnienia stosownego podania o pożyczkę.

Kilkał, wybierał opcje, stukał w klawisze…

– Tata, podaj mi numer twojego dowodu osobistego – zagaił znienacka.

– Co?! – wykrzyknął Grzesio, łypiąc zdziwionymi oczętami znad gazety.

– Muszę wpisać numer twojego dowodu osobistego – powtórzył obojętnym głosem Jacek. – O, chcą też twój numer pensji. Podyktuj te dane, dobrze?

Grzesio układał myśli w jakiś rozsądny ciąg, ale nie udawało mu się.

– Po co tobie w ogóle moje dane? – zapytał podejrzliwie.

– Ojejku! Jak to „po co”? Bo każą wpisać.

Ton syna był niegrzeczny, niecierpliwy.

– Przecież to nie ja kupuję samochód – kontynuował Grzesio, wciąż skołowany.

– No tak – potwierdził Jacek. – Ja kupuję, ale nie mogę zrealizować transakcji na moje imię. Nie mam jeszcze rankingu kredytowego, bom za młody, więc nie zaakceptują mojego wniosku, chyba że złożymy go w twoim imieniu. Capisci, tatusiu?

– Nie, nie capisci, syneczku! – warknął otrzeźwiony tatuś.

Wstał z fotela, podszedł do siedzącego po turecku na podłodze młokosa, machnięciem dłoni zamknął mu laptopa – MacBook Pro kłapnął żałośnie. Wyprostował się, włożył ręce w kieszenie, stanął w rozkroku, przekrzywił główkę. Na jego twarz wychynął ironiczny uśmieszek. Spozierał na bezbronnego Jacka z góry, niby Adolf Eichmann lustrujący swoją ofiarę.

„Ludzie bez kasy i wydolności kredytowej mają rzeczywiście przesrane”, pomyślał Grzesio z chorobliwym zadowoleniem. „Desperacja golasa nie zna granic.”

– Sprytnie pokombinowałeś! – zadrwił. – Hmm… Muszę zacząć stosować tak rezolutną metodę dokonywania sprawunków. Skoro mój debet jest lipny, dlaczego nie oprzeć się o bankowe notowania członka rodziny, albo kogoś-tam? Wiesz, przejeżdżałem ostatnio koło fajnej willi w Caps Bay i autentycznie, słowo honoru, zapragnąłem w niej zamieszkać. Istny pałacyk, z panoramą szumiącego oceanu za oknami, otoczony drzewami z gatunku tropikalnych. Moje uposażenie nie pozwala mi wprawdzie na przekonanie najgłupszego bankiera do pożyczki na upatrzoną rezydencję, lecz cóż to za przeszkoda, co nie, syneczku?! – huknął szyderczo. – Wszak poproszę pierwszego z brzegu milionera o jego dane osobiste, co by zachachmęcić chatę dla siebie, ale na jego imię! Zaręczam, że ochoczo przystanie na niebywały interes! Kiedy wyschną mi dochody, niech się facet martwi o spłaty, bowiem ja z radością będę już grzał dupsko w sofie na werandzie, pod palmami, sącząc piwko, pierdząc i obserwując szybujące nieopodal mewy! Jego problem, moja chata!

Pochylił się lekko nad Jackiem.

– Oto ostatnia lekcja MBA – ciągnął przemowę. – Kupuj, na co cię stać! Teraz poserfuj ogłoszenia sprzedaży używanych samochodów. Znajdziesz doskonałą furę, na dobitkę bez potrzeby zakładania sobie, a raczej mi, kredytowych kajdan na pięć lat. Poza tym… Nigdy bym nie przypuszczał, że bez wstępnej konsultacji ze mną szarpniesz się na cokolwiek dla siebie, ale pod parasolem mojego imienia. Ździebko przesadziłeś! Od dzisiaj dosyć ustawicznych subwencji od tatusia.

Kolejne pół roku było fazą nieznośną dla nich obu. Jacek podejmował zaiste modrecze wysiłki, aby przywrócić sielankę niefrasobliwego status quo, to znaczy quasi-autonomiczności. Najczęściej korzystał z zabójczej siły szantażu emocjonalnego – począwszy od smutnych westchnień, poprzez napomykanie o kolegach wspaniale wspieranych przez troskliwszych starych, kończąc na ignorowaniu ojcowskich skomleń o kontakt (poprzez SMS, WhatsApp, e-mail). Bojkotował też wspólne wyjazdy.

Grzesio zacisnął zęby oraz pugilares – przetrzymał ten niecny, niesprawiedliwy, rozdzierający serce atak.

Burza przeszła i znowuż się kochają, ale rachunki dzielą na pół (prawie).

Odcięcie finansowej pępowiny nie obędzie się bez wrzasków dorosłego bobaska, bez względu na wstępną edukację. Przewlekłe daniny uzależniają obdarowywanego od życia ponad stan, więc lepiej wyegzekwować niezależność budżetową u dzieci wcześniej i brutalniej, niż później i łagodniej – tako rzecze Grzesio.

Publikacja umieszczona w kategorii OJCOSTWO | Format PDF (0.7 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Kiedy należy powiedzieć Dość w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

11 Responses to Kiedy należy powiedzieć „Dość!”

  1. Świetny tekst i jakże prawdziwy.

    • Dziękuję. Ta prawda mnie nie ominęła, a myślałem, że tak pokombinowałem, że jednak mnie ominie, a jednak nie chciała ominąć. Jakaś faza, przez którą chyba większość rodziców i dzieci przechodzi…

  2. Pingback: Kiedy należy powiedzieć „Dość!” | Szwedzka Polka

  3. Tekst świetny i naprawdę najprawdziwiej prawdziwy. Znam takiego jednego chłopczyka. No właściwie mężczyznę. Kolega. Wychowany co prawda przez dziadków. Wiecznie coś w życiu mu się nie udaje. A dziadki jak na tym Twoim obrazku: masz synuś kieszonkowe… i to nie małe. Trzeba zatem szybko mówić „Dość!”.

    • Dziękuję za komentarz. Masz rację, że korzenie pozornego nieudacznictwa leżą w wychowaniu. Znam ludzi (obu płci, nawet członków rodziny), którzy „nauczyli się” żyć na garnuszku innych: rodziców, eks-partnerów, krewnych czy rządu, a poza tym wykorzystują okazje do zachachmęcenia pieniędzy z przeróżnych źródeł (ale bez zapracowania sobie na wynagrodzenie). Wyłudzacze, kombinatorzy, łgarze, lecz podług prawa jeszcze nie oszuści, bowiem rodzina albo przebaczy, albo przymknie oczy… Gdy ktoś ulegnie przyzwyczajeniu do tego, że można egzystować bez pracy, trudno tego kogoś odzwyczaić od beztroski. Cazwyczaj tacy ludzie są nachalni – nawet agresywni – gdy przedkładają swoje „nieszczęścia”, „zły los”, „prawa do czegoś” itd. Brr… Ciarki mi przebiegają po krzyżu…

  4. Tak czytam, myślę, myślę, czytam i doszłam do wniosku, że ja takie „Dość”, malutkie wprowadzenie w dorosłość zaczęłam przechodzić już w okresie gimnazjalnym. Mama mówiła że mam ręce i sama sobie mogę wstawić pranie bądź przygotować śniadanie albo rozejrzeć się za jakąś sezonową pracą aby zarobić na swoje „zachcianki”.
    Tekst super. Bardzo wciągający ;)

    • Cieszę się, że tekst się podobał :) Ja też „wprowadzałem” syna w dojrzałość (dorosłość) finansową wcześnie, ale… No, ale potem on chciał z powrotem kicnąć w ten etap „wprowadzania”, czyli być dorosłym, ale wciąż takim „wprowadzanym” dorosłym – jak najdłużej. Niestety (a może na szczęście), ja musiałem pracować na własne kieszonkowe zaraz po liceum, w czasie studiów. Pamiętałem tamte jakże nieprzyjemne czasy i chyba dlatego nie byłem aż tak okrutny (skąpy) dla swojego syna. Teraz myślę, że powinienem jednak odrobinę okrucieństwa okazać. :)

  5. mefistowy says:

    To już wiem, co mnie będzie czekać. ;) Świetny tekst!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: