Niedostrzegalni

Niedostrzegalny 1

Kiedykolwiek Grzesio wyłaził ze szpitala lub tam niechętnie właził, zauważał pewnego gościa plączącego się po parkingu, przy drzwiach wejściowych czy po placu rozładunkowym – ogólnie, po terenie zewnętrznym. Był to postawny murzyn po pięćdziesiątce, ubrany w szaroniebieski roboczy kombinezon, zawsze dzierżący szufelkę na kiju oraz miotłę, zawsze głupawo uśmiechnięty, zawsze podnoszący dłoń w geście pozdrowienia, zawsze milczący, zawsze spokojny. Taki czarny misiaczek. Ociężałym krokiem dążył gdzieś-tam, od czasu do czasu zgarniając miotłą losowe paprochy z podłoża do szufelki.

Jego flegmatyczność, połączona z wyolbrzymioną uprzejmością, irytowała Grzesia. Na bank facet próbował zakamuflować leniwość poprzez idiotyczne szczerzenie zębów i przyjacielskie machanie ręką! Niby pracuje, a tak naprawdę guzik robi, nadrabiając miną! Afryka, panie!

W końcu pęczniejące napięcie pomiędzy nimi (w rzeczywistości narastające jeno w Grzesiu) musiało znaleźć ujście w jakiejś scysji, bowiem jak długo idzie wytrzymać taki tupet, gdy inni ciężko harują?! Do dzisiaj nie pamięta, o co poszło, chociaż wtedy wydawało mu się, że o coś istotnego – o coś nakazującego zwrócenie bumelantowi uwagi i zrobienie mu wykładu. Trzeba było koniecznie uzewnętrznić swoją wyższość w dowolny sposób wobec tego… – no, wobec tego bydlaka! – by przekazać mu zaszyfrowaną wiadomość w stylu: „Ja wiem! Ja wszystko o tobie wiem! Może południowoafrykańscy biali w odwrocie, ale nie zdurnieli jeszcze do ostatka!”. Tak czy siak, nagle stał przed sprzątaczem, pouczając go podniesionym głosem o czymś priorytetowym.

Czarny misiaczek cierpliwie wysłuchał tyrady pana doktora, po czym wskazał palcem na swoje ucho, potrząsając jednocześnie przecząco głową. Z ust wydobył mu się jednostajny jęk: „Yyy… Y-yyy…”. Potem spojrzał potulnie na swego prześladowcę i uśmiechnął się doń ciepło.

Był głuchoniemy…

Grzesio poczuł płomienie wstydu, zżerające mu wnętrzności – uciekł tchórzliwie, spłoszony niespodziewanym obrotem wydarzeń. Przez dwie dekady leczył ludzkie dolegliwości w zaciszu gabinetów lekarskich, lecz w realnym życiu pokonało go kompletne nieprzygotowanie na skonfrontowanie bliźniego, dotkniętego nie aż tak rzadką przypadłością. Jak mógł przeoczyć, że facet nie słyszy?

Od tamtego momentu zupełnie inaczej patrzał na tego pokornego człowieka, niezmordowanie krążącego wokół budynków szpitalnych. Poruszał się poniekąd w przypadkowych kierunkach, niczym automatyczny odkurzacz, który skręca po uderzeniu w ścianę by pomknąć ku następnej przeszkodzie. Oprócz zmiatania śmieci (papierków, niedopałków, kawałków plastiku, ogryzków itd.), spulchniał grządki, podlewał roślinki, zrywał płachty gazet z ogrodzenia, wydłubywał zewsząd źdźbła trawy i chwastów (te pleniły się wszędzie i błyskawicznie – przy krawężnikach, w szparach asfaltu, pod betonowymi murami, na obrzeżach studzienek kanalizacyjnych). Wchodził w każdy zakamarek, zaułek, lukę względnie inną znaną mu tylko przestrzeń i wysysał stamtąd tony brudu. Systematyczny, niestrudzony, dokładny, nienarzekający na nic, w ogóle nie puszczający pary z ust – funkcjonował z wiernością zaprogramowanej maszyny. Grzecznie słał wszystkim delikatne ukłony, nawet bandzie pracowników fizycznych, notorycznie zabunkrowanych za kontenerem przeznaczonym na makulaturę, gdzie jedli, gadali, kopcili pety albo bezczelnie spali, nabierając wprawy w tumiwisizmie.

Sprawiał błędne wrażenie obiboka-spryciarza, bowiem był nieśpieszny i groteskowo kurtuazjny, jakby swoją niechęć do roboty chciał rozcieńczyć przymilnością, dlatego niejeden wzruszał ramionami na widok cudaka, nie rejestrując jego wkładu w działalność instytucji. Tymczasem cudak tyrał nieprzerwanie, wyposażony przez naturę w obojętność na docinki. Swoim zaangażowaniem potwierdzał, że szanował zatrudnienie oraz powierzoną mu odpowiedzialność daleko bardziej, niż „normalni”.

Supersprzątacz

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Głuchoniemi porozumiewiają się na migi, czyli trochę teatralnie, zatem łatwo przeinaczyć ich charakter bądź intencje. Po prostu, używają gestykulacji czy mimiki odmiennej od mowy ciała przeciętniaków, którzy władają zmysłem słuchu i językiem w gębie. Grzesio dostał więc lekcję na temat odróżniania obiektywnej oceny, opartej na faktach, od subiektywnej interpretacji, opartej na wytartych przeświadczeniach. Pojął, że zaczerpnięte z otoczenia opinie zaśmiecają mu mózg, że na tych nabytych skądś matrycach słuszności tka pozornie osobiste preferencje, które z kolei katalizują bieg myśli donikąd: wyobrażenia, insynuacje, dziwaczne konkluzje, ad hoc postanowienia, a nawet karkołomne plany.

Tak: ten czarny głuchoniemy nie tylko zasuwał za dwóch, ale i bezgłośnie rozsiewał mądrości ponad miarę…

Niestety, został zwolniony z posady za marnowanie wody podczas stanu kryzysowego w Kapsztadzie, kiedy miasto dotknęła susza. Wytyczne do niego nie dotarły – nawet te pisemne, ponieważ był też analfabetą.

Po miesiącu, na zebraniu zarządu, wyniknął problem nie do rozgryzienia: dlaczego parkingi, chodniki i grządki zaczęły nagle odzwierciedlać zarośnięte, zapaskudzone nieużytki? Za bujny rozrost chwastów podejrzewano tropikalny klimat. Kwestii nawarstwiających się pokładów śmieci nie rozwiązano – czyżby jakoś „migrowały” z ulicy?

Wzorem głuchoniemego – Grzesio milczał…

Niedostrzegalny 2

Z wyglądu przypominał Woody Allena, aczkolwiek usposobienie miał o niebo lepsze niż hollywoodzki gwiazdor, jak i ciemniejszy kolor (należał do rasy kolorowych) skóry tudzież tańsze okulary. Dobijał do sześćdziesiątki.

Grzesio nigdy przedtem nie widział tak napakowanego optymizmem oraz radością pracownika ochrony, odzianego w profesonalny uniform, z pałką przy biodrze i kajdankami dyndającymi przy tyłku. Entuzjastycznie witał każdą osobę, która akurat znajdowała się w pobliżu: doktorów, studentów, położne, salowe, pacjentki, członków rodzin odwiedzających, sekretarki, malarzy – kogokolwiek. Podbiegał, pytał w czym pomóc, wskazywał drogę, podprowadzał. Często podśpiewywał w trakcie wypełniania tych funkcji. Niekiedy zatańczył z grubą siostrą lub jeszcze grubszą pacjentką (nucąc pod nosem piosenkę w języku khoza) – ot tak, bezceremonialnie porywał niewiastę wpół i hopsasa! Tryskał strumieniami radości niczym fontanna życia, współodczuwając, dodając otuchy, przytulając, częstując cukierkami.

Wskakiwał w wir sprzeczek, godząc skłóconych swą charyzmą, pojednawczym tonem głosu, dowcipem. Operował biegle aż pięcioma językami – angielskim, afrikaans, khoza, zulu, suahili – toteż po mistrzowsku, intuicyjnie gasił spory w zalążku, zanim doszło do przykrej eskalacji nieporozumienia w potok wulgaryzmów lub w pojedynek fizyczny. Na pewno nie stosował odgórnych „wytycznych do negocjacji na wypadek zaistnienia sytuacji konfliktowych”.

Znał bezbłędnie imiona i nazwiska na dobrą sprawę wszystkich, co stanowiło ewenement w RPA, kraju wielonarodościowym. Grzesio cierpiał na chroniczny zanik tej części kory mózgowej, która zawiadywała kodowaniem podstawowych danych personalnych, nie potrafiąc w konsekwencji dopasować żadnego imienia do żadnej twarzy. Znał imiona matki, ojca, babci, dziadka, rodzeństwa, syna, obecnej partnerki oraz osób na okrągło przebywających w jego towarzystwie, inaczej zapominał. Stracił przez ten mankament parę dziewczyn, wywołał masę faux pas, niejednokrotnie przepraszał wylewnie za przezwanie Asi Madzią, Marka Krzyśkiem, Johna Peterem itp. Ochraniarz żonglował zaś godnościami z gracją godną pozazdroszczenia, czyli też zawiści. Smykałka tego rodzaju zmieniała drastycznie dynamikę konwersacji, budząc natychmiastowe zaufanie rozmówcy („On mnie zapamiętał! Jaki wspaniały chłop! Kocham go!”).

Oprócz zdolności komunikacyjnych, szpitalny Woody Allen darzył miłością koty – codziennie je odwiedzał, dokarmiał, poił, dopieszczał. Słowem, utrzymywał z nimi zażyłe konszachty. Ten banalny z pozoru akt wspaniałomyślności zapobiegał nocnemu szwędaniu się kocurów po korytarzach albo salach chorych w poszukiwaniu strawy, a jednocześnie roznoszeniu przez nich zarazków, niekoniecznie bezpiecznych w placówce położniczej.

Uosabiał anioła w mundurze, nagle zstępującego z nieba ku pokrzepieniu ludzkości i kotów. Ten dobroczyńca był gotów wesprzeć i złoczyńców, przed którymi miał rzekomo obowiązek chronić personel…

Grzesio czerpał tony wiedzy ze zwykłej oberwacji superochroniarza, utylizującego w praktyce takyki z książki Dale’a Carnegie’a „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi”. Superochroniarz o Dale’u Carnegie’u przypuszczalnie nie słyszał, tylko dysponował wrodzonymi predyspozycjami prospołecznymi, natomiast baterie empatii ładował z tajemniczego, pozaziemskiego źródła.

Empatia posiada jednak granice, poza którymi staje się naiwnością. W środowisku regulowanym dyrektywami, nadmiar ofiarności nie popłaca, zwłaszcza gdy przynosi lepsze rezultaty aniżeli dyrektywy. Wszak nie przystoi narażać autorytetu władzy na pośmiewisko; wszak umundurowany pracownik powinien trzymać rezon podług szablonu; wszak tańczenie bądź przyśpiewki osłabiają morale zespołu; wszak to, siamto, tamto, owamto. W oparciu więc o kolektywną – jakże dojrzałą – decyzję, przeniesiono ochraniarza-rozrabiakę do odległego ośrodka, chociaż niedawno wykupił maleńkie mieszkanko tuż obok swojego ukochanego szpitala, bo nie stać go było na zakup samochodu. Teraz dojazd do roboty zabiera mu półtorej godziny w jedną stronę autobusami (poprzednio parę minutek spacerkiem), co chłodzi łeb i zapewnia rehabilitacyjną medytację po drodze.

Egzystencja bez szpitalnego Woody Allena straciła nawet kolor szary, nabierając barwy jeszcze bardziej beznadziejnej. Poza tym w korytarzach zaczęły grasować koty, co na mityngu wytłumaczono wietrzeniem pomieszczeń podczas upałów. Podkreślono konieczność zamykania drzwi, okien i lufcików, gwoli efektywnego utrudnienia stworzeniom prześlizgiwania się do wnętrza budynków. Wysokie temperatury też źle wpływały na ludzi – otóż córka jednej z ciężarnych uderzyła w twarz siostrę, zaś pracownik sterylizatorni wykręcił ramię salowej, wywrzaskując wulgaryzmy.

A Grzesio milczy…

Publikacja umieszczona w kategorii MIGAWKI | Format PDF (0.5 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Niedostrzegalni w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

2 Responses to Niedostrzegalni

  1. Ladegis says:

    Jestem fanką Twojego bloga. Dlatego też nominowałam Cię do Mystery Blogger Award. https://ladegis.wordpress.com/2018/07/18/szwedzka-polka-nominowana-do-mystery-blogger-award-przez-blog-caffe/.
    Nominacja oraz jej przyjęcie są dobrowolne, ale mam nadzieję, że ją przyjmiesz i będziesz się dobrze bawić!
    Pozdrawiam!!:
    Ladegis

    • Dziękuję za wiadomość. Przepraszam za opóźnienie. Jestem zaszczycony, że nominowałaś akurat mój skromny blog! zaraz poczytam, co muszę zrobić dalej, a jutro się wezmę do roboty :) Serdecznie pozdrawiam (już z mojej ukochanej Gdyni).

Odpowiedz na Ladegis Anuluj pisanie odpowiedzi

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: