Językoznawstwo (Część II)

Językoznawstwo

Mieszkała w township’ie3 o nazwie Nyanga, strefie o najwyższej przestępczości w RPA – przetrwać tam było trudniej, niż przeżyć bombardowanie w Aleppo. Gwałty (nie przepuszczano nawet dziewczynkom czy staruszkom), rabunki, ciężkie pobicia, strzelaniny, morderstwa, samosądy (palenie żywcem, ewentualnie kamieniowanie bandziorów) i inne przejawy zezwierzęcenia urozmaicały co godzinkę szarzyznę egzystencji w budach, skleconych z czegokolwiek ukradzionego z placów budów lub znalezionego na wysypiskach śmieci. Płachty pordzewiałej blachy falistej, stare dechy pokryte plackami zaschłej farby i poszarpane kawałki tektury cieszyły się renomą wyśmienitych materiałów konstrukcyjnych. Niektórzy szczęściarze zachachmęcali skądś okiennice, a nawet całe drzwi.

Budy stawiano na dziko, gdzie popadnie, bezpośrednio na gliniastym podłożu, na przestrzeni kilku kilometrów kwadratowych, nie przejmując się zbytnio wytycznymi urbanistów czy inżynierów z zarządu planowania miasta. Państwo finansowało wspaniałomyślnie plastikowe sracze, stojące w rzędach po dwadzieścia na obrzeżach koczowiska, a także dopływ czystej wody do paru punktów, gdzie wyrastały z ziemi żeliwne rury uwieńczone kranami. Przechadzki do tych cywilizacyjnych oaz do bezpiecznych nie należały, gdyż bandyci napadali na obywateli przejętych higieną osobistą. Sto metrów od północnej granicy tej dzielnicy slumsów pomykały autostradą błyszczące w słońcu samochody najprzedniejszych marek, za szybami których majaczyły letargiczne, blade lica. Od czasu do czasu, nisko nad Nyangą, przepłynął leniwie olbrzymi Boeing 747, z ogromnym napisem „One World” na kadłubie, niosący łagodnie ku Kapsztadowi lub z Kapsztadu europejskich urlopowiczów. Z ciekawością analizowali oni surrealistyczne widoki pod skrzydłami samolotu, jako że agencje turystyczne nie drukowały podobnych pejzaży w folderach.

Błyskawicznie zanalizował jej kartę przedporodową: była po raz drugi w stanie błogosławionym; pierwszy płód też obumarł, lecz jak zwykle nie wykryto przyczyny; wizytowała przychodnię karnie, co do dnia; przeprowadzono zalecaną protokolarnie diagnostykę, ale nie wyłapano żadnej patologii. Nie znalazł nic, co nasunęłoby odpowiedź na pytanie, dlaczego bieżąca ciąża miałaby ponownie zakończyć się fiaskiem.

Zirytowany, zamknął zmiętoloną teczkę, wypełnioną notatkami lekarskimi i rezultatami badań. Ostentacyjnie cisnął ją gdzieś na biurko. Westchnął, splótł ręce za karkiem, rozkraczył nonszalancko nogi. Zaczął się bujać na tylnych nogach krzesła, patrząc bezmyślnie przed siebie. Znowuż nie będzie miał nic mądrego do powiedzenia, albo przynajmniej opcji skrytykowania pacjentki za niesubordynację. Pomimo tragicznych warunków kwaterunkowych plus ekonomicznych, sisi wykazała zaiste silną wolę poczęcia zdrowego dziecka, słuchając zaleceń lekarskich co do joty, a tu dupa zbita: ani dzidzi, ani uzasadnienia porażki służby zdrowia.

Z drętwych rozważań wybiło go wycie jednej z sióstr.

– Pacjentka gotowa!

Niezupełnie „gotowa”, skoro wciąż sterczała pośrodku pomieszczenia. Przywdziała już szablonowy fartuszek wiązany na plecach. Te bladoniebieskie kitle urozmaicono masą okrągłych pieczątek, odciśniętych na cienkim materiale na rozkaz prawowitych właścicieli cennej garderoby – Western Cape Department of Health4. Odbitki stempli były ciemnoniebieskie, rozmyte i rozmieszczone na chybił trafił, odstraszając potencjalnych rabusiów nie tyle oficjalnością pieczęci, co wynikającą kolorystyką i deseniem. Z jakiegoś względu, tylko górne wiązania fartuszków były zachowane, przez co sisi paradowały po korytarzach z odsłoniętymi, kobylastymi pupskami.

Zdekoncentrował go jej przyjemny wyraz twarzy. Miły uśmiech i szczere oczy uderzały przyjacielskością, zaś rozluźniona postawa godnością. Jak na kobietę z township’u, na której dyndał kawał spranego materiału nazywanego „pidżamą”, prezentowała się wytwornie. Niedawno otrzymała wstrząsające wieści o przypuszczalnej – drugiej z kolei – śmierci jej płodu, lecz nie zdradzała cienia niepokoju bądź przygnębienia. Definitywny werdykt miał wszakże przynieść obraz ultrasonograficzny – jakkolwiek zwiewna była ta ostatnia nadzieja, ona grzecznie czekała na dalsze instrukcje. Ciężarne w podobnych okolicznościach są zwykle roztrzęsione, zaprzeczają ewidentnej diagnozie lub lamentują, natomiast ta, swym dojrzałym opanowaniem i sympatycznym licem, wręcz ostudzała wszechobecną panikę.

Onieśmieliła go – kontrastowała z otoczeniem niczym anioł z piekłem.

Nie władał językiem Xhoza, więc zamaszystym wahnięciem rąk zaprosił murzynkę do jednego z boksów, a następnie kolejnym – trochę innym, bardziej poziomym – wahnięciem poprosił o zajęcie pozycji horyzontalnej na wysokiej, wąskiej kozetce, na którą należało się wgramolić po metalowym, dwustopniowym podeście. Meble kliniczne są notorycznie niewygodne dla klientów, za to szalenie funkcjonalne dla lekarzy.

Gdy już leżała, przykrył ją prześcieradłem (także upstrzonym pieczątkami Western Cape Department of Health) do poziomu łona, włączył wiekową maszynę Phillipsa, wycisnął trochę żelu na jej brzuch, chwycił za głowicę USG5 i natychmiast siarczyście zaklął po polsku. Poprzedni użytkownik nie wyczyścił głowicy, przez co oblepiona była na wpół zaschniętym żelem! Nie ma nic gorszego pod słońcem niż poczucie tej lepkiej, przybrudzonej mazi na palcach!

Wytarł przyrząd papierowym ręcznikiem, poleciał wymyć ręce i wciąż wymyślając po swojsku wrócił z powrotem. Usiadł z impetem na obrotowym, metalowym taboreciku i w końcu rozpoczął skan. Wpierw użył głowicy do rozprowadzenia żelu na skórze, albowiem specjalne pędzle, służące tejże czynności, były niedostępne z powodu drakońskich cięć finansowych. Niedługo poskąpią i żelu, a wówczas zacznie chyba smarkać na pępki klientek, by w ogóle przeprowadzić podstawowe w położnictwie badanie diagnostyczne.

Miękko jeździł głowicą w górę, w dół, w lewo, w prawo, na ukos. Jednocześnie obracał nią szybko wokół osi, by uzyskać optymalną płaszczyznę przekroju tkanek. Lata praktyki wywindowały go na piedestał ultrasonograficznego wirtuoza, obsługującego oprzyrządowanie niemalże odruchowo. Skupiał uwagę na ekranie monitora, zaś ręce wykonywały wyuczone na pamięć czynności. Ta zwinność, połączona z błyskawiczną interpretacją zaśnieżonych ujęć, przynosiła mu samczą satysfakcję, jakby zasiadał za konsolą kokpitu wahadłowca kosmicznego, podczas gdy tłum nieogarniających niczego gapiów patrzał się nań w osłupieniu. Zapominał wówczas o świecie całym, stając się poskromicielem skomplikowanej aparatury, tłumaczem z doplerowskiego na ludzki, głosicielem prawd ostatecznych, które albo wskrzeszały radość, albo pogrążały w rozpaczy.

Wystarczyły mu cztery sekundy na zauważenie znikomego poziomu płynu owodniowego oraz „zamrożenie” płodu, czyli brak jakichkolwiek ruchów kończyn czy tułowia. Po kolejnych dwóch sekundach już wiedział, że głowa dziecka była nadnaturalnie wydłużona – efekt zapadania się rozmiękczonych kości czaszki, nachodzących jedna na drugą niczym dachówki. Widok sugerował spustoszenia poczynione przez śmierć, co trzeba było potwierdzić absencją tętna płodu. Przez kolejne cztery sekundy wypatrywał charakterystycznego trzepotania zastawek serca, lecz w świetle pozostałych znalezisk stanowiło to nudną formalność: nic; zero; martwota.

Pozostało przekazać nowiny murzynce. Zazwyczaj prosił przygodną siostrę o przetłumaczenie z angielskiego na Xhoza: „Proszę powiedzieć, że dziecko nie żyje. I am sorry.”. Komunikat tego rodzaju nieuchronnie rozpętywał atak spazmów, który przeczekiwał powtarzając mechanicznie: „I am sorry. I am sorry.”. Niekiedy uciekał od rozhisteryzowanej pacjentki, pozostawiając problem poskromienia jej komukolwiek, kto się akurat napatoczył. Zaiste, ręce miał pełne roboty – musiał przebadać, opisać, podjąć decyzję, zlecić, zorganizować salę porodową itd., więc nie mógł ślęczeć przy łóżku jednej z setek ciężarnych, głaszcząc ją po włosach, szepcząc słowa pociechy do czarnego ucha i przytulając do piersi.

Nieznacznie obrócił się na taborecie, aby na migi nakazać sisi leżenie bez ruchu, bowiem chciał przywołać translatorkę. Zanim to zrobił, kątem oka dojrzał tą samą, pełną dobroci twarz, na której nieustannie widniał życzliwy uśmiech. Ta kobieta ze slumsów zdawała się nie roztrząsać jego zachowania, odgadywać jego myśli, domniemywać jego poglądów bądź oceniać go podług jakiejkolwiek matrycy. Oto potulnie czekała na wyrok, bez cienia zdenerwowania, ufająca jego ekspertyzie i rozumiejąca wszechobecny burdel. Przypominała mu mamę, niezmienną w swej miłości, bezdennie cierpliwą, zawsze gotową wybaczyć każdy wybryk synka.

Dziwne skojarzenia zbiły go z tropu – zamiast poinformować ją o wyniku badania, rozmazał żel jeszcze bardziej i kontynuował skanowanie. Zmierzył rozmiary głowy, brzucha oraz kości udowej płodu; ustalił indeks płynu owodniowego; powiększył obraz, by pogapić się w nieczynne serce niczym sroka w gnat, jakby chciał je ożywić – szereg absurdalnych operacji, nijak nie zmieniających ani diagnozy, ani dalszego postępowania medycznego.

—————————————————-

3 township – w RPA, dzielnica zamieszkiwana przez czarnych. Rząd białych za czasów apartheidu oficjalnie wyodrębnił takie dzielnice, przeznaczone wyłącznie dla ludności klasyfikowanej jako czarna. Ze względu na przeważającą zabudowę (prowizoryczne konstrukcje), township można porównać do slumsów.

4 Western Cape Department of Health – Wydział Zdrowia Prowincji Western Cape

5 USG – Ultrasonografia (skrót)

—————————————————-

Odsłona 99 - Językoznawstwo - Część I Czytaj część I | Czytaj dalej: część III Odsłona 101 - Językoznawstwo - Część III

Publikacja umieszczona w kategorii MIGAWKI | Format PDF (0.4 MB) – 3 części Pobierz 3 części publikacji Językoznawstwo w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s