Językoznawstwo (Część III)

Językoznawstwo

Tumult w izbie przyjęć nie ustawał. Co rusz ktoś potrącał aparat ultrasonograficzny poprzez brudnawą kotarę. Krowiasty dzwonek telefonu jazgotał wściekle – nikt nie podnosił słuchawki. Położna wrzeszczała na wyjącą z bólu pacjentkę. Inna siostra szczekała polecenia odwiedzającym, chandryczącym się o coś. Jednak coraz słabiej docierały do niego odgłosy spoza małego boksu, roztapiane w cieple emanowanym przez jego nową mamę. Chciał tak tkwić w nieskończoność, obcując w milczeniu z istotą, wydającą się dogłębnie pojmować szalone realia, które nim miotały, a zarazem z góry rozgrzeszać go za to, jak go te realia wyrzeźbiły. Czuł – nie pojmował – że tak właśnie było: oto przypadkowa sisi z township’u posiadała moc kojącą. Tymczasem on, pan i władca chwili, miał niebawem dobić czarną anielicę makabrycznym oznajmieniem – zdruzgotać resztki jej już pogruchotanego świata i odebrać chociażby pociechę, wynikającą z naturalnego daru macierzyństwa: „Dziecko nie żyje. Koniec, kropka, do widzenia, wracaj do Nyangi. I am sorry.”.

Ale ani nie umiał wykrztusić z siebie żadnej sprytnej formułki „na okazję”, ani dać dyla i zwalić odpowiedzialność za pogaduszki z pacjentką na stażystę. Gruba sisi – jaszczurczym podstępem – przeciągnęła go przez tajemniczą granicę, poza którą oklepane strategie zakrawały na wybuch śmiechu. Rzec można, iż przestał działać jego automatyczny pilot, zaprogramowany jakoś, kiedyś, przez kogoś lub coś, dotychczasowo precyzyjnie wyznaczający kierunek kursu na ziemskim padole wedle mapy upstrzonej skrótami, na której punktami naprowadzającymi były wzmacniające ego stereotypy.

Porażony bezradnością, bezwiednie ślizgał głowicę ultrasonograficzną po tafli żelu. Strumień oderwanych przemyśleń i wspomnień swobodnie rwał przez jego mózg, wypłukując zaśniedziałe obawy, rozgoryczenia, pretensje, antypatie… Z obojętnością pozwalał tym ściekom umykać poza horyzont jaźni. Tradycyjne pytania-zmory też wychynęły z czeluści umysłu, ale rozwiały się zanim zdążył pojąć ich sens: co tutaj porabia?; z kim walczy?; dlaczego jest mu źle? Istotność rozwikływania analogicznych zagadek nagle wyparowała, co doświadczył jako doznanie radosne, wyzwalające.

Zaskakująco odprężony – westchnął. Jeszcze przez pół minuty niby studiował ekran, po czym uczynił to, co mu podyktował instynkt: spojrzał murzynce prosto w oczy.

Nie powiedział słowa – nie musiał. Jej ciepłą fizjonomię staranowała w sekundę groza, która prawie natychmiast ustąpiła miejsca niewymownemu smutkowi. Uniosła się z poduszki, prawą ręką wyszukała jego nadgarstka i gwałtownie przyciągnęła do siebie. Następnie przytuliła się do niego mocno, wciskając twarz w jego szyję. Nie wydała z siebie najmniejszego jęknięcia, aczkolwiek jej łzy zmoczyły mu policzek. Drżała, płakała bezgłośnie całym ciałem. Objął ją ramionami i tak trwali, spleceni w uścisku całymi minutami – dwie ofiary, nasączające się nawzajem nadzieją.

Spojówki zapiekły, poczuł wilgoć na rzęsach…

One world

Dyskretnie opuścił stanowisko pracy, nie zważając na nagabywanie sióstr. Zszedł na pierwsze piętro do łazienki lekarskiej. Umył twarz zimną wodą, a potem wsparł się na krawędziach zlewu i stał przygięty. Szpitalny interkom wzywał go przez charkotliwe głośniki: „Doktor Sizielski, proszę przyjść na oddział przedporodowy!”, ale nie zareagował. Przywykł do mnogości wariantów swojego nazwiska: Szeszelki, Czyszelky, Sisiliki itd. Przynajmniej próbowali wymówić „Ciesielski”. Jego kolega Paweł był szczęściarzem nie lada, ponieważ zawsze mógł zaprzeczyć, jakoby ktoś go wywoływał, bo nosił godność Szczygło, które w ustach tubylców brzmiało niczym bzykanie syntetyzatora.

Gdy wkroczył ponownie do izby przyjęć, napadła go bardzo otyła i bardzo brzydka położna o imieniu (nie przezwisku) Princess. Z miejsca zaczęła do niego krzyczeć, chociaż odgradzało go od niej tylko krzesło.

– Byłeś wzywany na oddział „C”!

– Doprawdy?

– Tak! Ale wysłaliśmy doktora Khumalo, bo ciebie nie było!

– Doskonale.

– A co z tą pacjentką?! – grzmiała dalej, pokazując palcem na sisi z Nyangi.

Przez moment zastanawiał się, czy nie przyłożyć Princess pięścią w otłuszczony pysk, aby uciąć swoje cierpienia – zmobilizują komisję dyscyplinarną, odbiorą mu prawo do wykonywania zawodu i nareszcie wywalą z roboty na wolność. Nieee… Taki wybryk nie stanowiłby wystarczającego precedensu ku zwolnieniu lekarza o wieloletniej eksperiencji. Raczej pogłębiliby jego gehennę przez zalecenie obowiązkowej kuracji antydepresantami, wysłanie na konsultacje z psychiatrą oraz zmuszenie do grupowej rehabilitacji w kółku wypalonych pracowników. Wyegzekwowaliby także tygodniowe raporty na temat osobistego samopoczucia. Wolał przeboleć obecność koszmarnej Princess.

– Pacjentka ma IUFD – odpowiedział. – Zaraz zrobię notatki.

– Ale gdzie ona pójdzie?! Przecież szpital pęka w szwach!

– Przeniesiemy pacjentkę do sali numer siedem w celu niezwłocznej indukcji porodu.

– To niemożliwe! – gardłowała się Princess. – Tam wysłaliśmy panią Naicker!

Sala numer siedem była pomieszczeniem, przygotowanym specjalnie dla matek z obumarłymi płodami. Urządziła ją za darmo firma sprzedająca meble i akcesoria mieszkaniowe. Wyglądała o niebo przytulniej niż pozostałe sale porodowe: wstawiono tam normalne łóżko, fotele dla rodziny, gustowny stolik, lampę stojącą, parę roślinek doniczkowych, telewizor plazmowy, a dodatkowo powieszono ładne zasłony w oknach i obrazki na ścianach. Ta szpitalna komnata nie oparła się nadużyciom, gdyż notorycznie lokowano w niej krewne, znajome bądź inne jejmości, które zaskarbiały sobie przychylność położnych w szemrany sposób.

– Posłuchaj mnie, koleżanko Princess – powiedział dobitnie. – Pacjentka ma się znaleźć w sali numer siedem w przeciągu piętnastu minut. Jeżeli wykombinujesz jakieś ku temu przeszkody, to osobiście wykopię panią Naicker, która przebywa w sali numer siedem bezprawnie, na korytarz, nawet jeśli zacna pani Naicker będzie w pełnym rozwarciu, z główką płodu na kroczu. Daję tobie na to polskie słowo honoru. Mam nadzieję, że mnie dokładnie zrozumiałaś. Na razie nie jestem w humorze, aby pisać donosy do dyrekcji, ale mogę takiego humoru szybciutko nabrać.

Przerażona Princess pognała „pozałatwiać sprawy”.

Uzupełnił historię choroby, powpinał zdjęcia ultrasonograficzne i wypisał zlecenia. W międzyczasie pojawił się partner pacjentki – nieogolony, chudy, niski chłopina około pięćdziesiątki o imieniu Justice. Pomimo pozornej szczapowatości, czarni osobnicy należeli do twardych i zadziwiająco silnych. Interesująco, grube sisi leciały na wątłych facetów, a być może wątłych facetów podniecały grube sisi. Tak czy siak, różnica wag pomiędzy partnerami była zazwyczaj dwukrotna, co skłaniało obserwatorów (zwłaszcza mężczyzn) do urągliwych komentarzy à propos stosowanych technik kopulacyjnych.

Justice zwolnił się na dwie godziny z nocnej zmiany. Miętosił w rękach czapkę z daszkiem, zapewne niecierpliwy wieści o stanie jego dziewczyny, ale również onieśmielony nadętymi minami śpieszących w tę i we w tę pielęgniarek i lekarzy. Na plecach jego przybrudzonego, niebieskiego kombinezonu roboczego widniał wielki, biały nadruk „Global”.

Zaprosił Justice’a do ustronnego pokoju, posadził na krześle, zaś sam usiadł naprzeciwko i wyjaśnił, używając podstawowych zwrotów angielskich, co się stało. Siedział z nim tak długo, jak długo biedaczysko zadawał pytania. Przyrzekł mu, że zadba o wszystko: poród, sekcję zwłok, wyjaśnienie przyczyn zgonu, cokolwiek. Poza tym po prostu z nim przebywał, nie rujnując żadnej przerwy ani słowem. Justice w końcu wstał i oświadczył zbolałym głosem, iż wszystko jest rezultatem woli boskiej, a następnie długo ściskał dłoń doktorską, odmawiając modlitwę w języku Xhoza. Potem, po krótkich odwiedzinach swojej lubej, pognał na przystanek autobusowy. Opóźnieniem powrotu do pracy ryzykował utratę źródła utrzymania, niezależnie od przyczyn absencji.

Dalszy etap dyżuru przebiega zwyczajnie: przyjęcia, obchody, zabiegi, telefony. Po wykonaniu ostatnich dwóch cesarskich cięć (te machał w dwanaście minut) przebrał się, lecz do domu nie wyszedł.

Ukradkiem przeniknął do sali numer siedem. Dyskretnie zasunął za sobą drzwi.

Leżała na dwóch wysokich poduszkach, przykryta kołdrą. Nocna lampka delikatnie oświetlała jej nobliwą twarz. Nic nie wskazywało na to, aby miała już skurcze po podaniu środków indukcyjnych – spoczywała spokojnie z zamkniętymi oczami. Panująca wokół schludność była godna tej kobiety. Jedynym elementem jej niegodnym był on – tyle wiedział.

Po cichutku przystawił krzesło blisko łóżka, po czym siadł i patrzał na nią. Utożsamiała odpowiedź na wszystko, czego do tej pory nie rozumiał o sobie.

Nie uniosła powiek, kiedy wyciągnęła ku niemu dłoń. Pochwycił ją miękko. Czuł, jak rośnie w sercu, nabiera wiary w siebie, odpuszcza… Był najszczęśliwszym pacjentem.

Nazajutrz złożył na biurko szefowej list rezygnacyjny, a po trzech miesiącach opuścił szpital i profesję medyczną.

Odsłona 100 - Językoznawstwo - Część II Czytaj część II

Publikacja umieszczona w kategorii MIGAWKI | Format PDF (0.4 MB) – 3 części Pobierz 3 części publikacji Językoznawstwo w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: