Językoznawstwo (Część I)

Językoznawstwo

W ciasnej izbie przyjęć stało pięć łóżek, odgrodzonych kotarami sporządzonymi ze śliskiego, wstrętnego w dotyku tworzywa, kiedyś chyba jasnokremowego. Odsłanianie czy zasłanianie poszczególnych boksów sprawiało wieczne problemy – wszyscy szarpali płachtami plastiku, walcząc z zacinającymi się w szynach suwakami i zrywając pojedyncze agrafki, przez co górne brzegi zasłon smętnie zwisały.

Pielęgniarki wrzeszczały na pacjentki, do doktorów i do siebie. Nigdy nie pojął, dlaczego czarni i kolorowi nie konwersują, a wyją – natężenie ich jazgotu w decybelach przewyższało poziom hałasu. Nawet gdy rozmówcy wymieniali uprzejmości bądź gadali o banałach, a dzieliła ich odległość pół metra, wydzierali gardła niczym w trakcie karczemnej awantury, jakby za moment miało dojść do mordobicia. Jedynie wyszczerzone w uśmiechach zęby ryczących jadaczek przeczyły wrogim nastawieniom interlokutorów – ot, kurtuazyjne darcie pysków.

– Jak się masz?!

– Wspaniale! A ty?!

– Ja też się mam wspaniale! Fajna torebka!!! Gdzie kupiłaś?!

– W tym sklepiku obok stacji benzynowej!!!

Kardiotokografy wypełniały przestrzeń dudnieniem serc płodów. Stare głośniki tych urządzeń, ustawione na cały regulator, emitowały przeraźliwe chroboty przy najmniejszych ruchach pacjentek (gdy czujniki tarły o brzuchy). Finalny efekt akustyczny przypominał skreczowanie płyt winylowych przez didżejów.

Telefon tyrkotał co chwilę. Aby ktokolwiek mógł go w ogóle usłyszeć, aparat podłączono do archaicznego dzwonka ze stalową czaszą o średnicy dwudziestu centymetrów. Ustrojstwo zamontowano pod sufitem, a donośność jego łoskotu przewyższała standardy obowiązujące podczas alarmów bojowych w koszarach. Jakiś zidiociały przełożony wpadł na pomysł „podwyższenia czujności oraz przyśpieszenia reakcji zespołu medycznego na kontakt z zewnątrz”, ponieważ często nikt nie podnosił słuchawki przez kwadrans. Bez dociekania odpowiedzi na zasadnicze pytanie, mianowicie dlaczego tak się dzieje, grono pryncypałów poszło po najmniejszej linii oporu komórek szarych: zadecydowali wzmóc profesjonalizm poprzez wzmożenie sygnału dźwiękowego. Z analogicznym sukcesem można by dokładać starań o rozkochanie w sobie partnera drogą coraz natarczywszych żądań miłości, aż do zastosowania tortur wymuszających oczekiwane wyznanie. Po łebskiej interwencji kadry kierowniczej, ogłuszony już dokumentnie personel ignorował telefony jeszcze bardziej, tym razem ze zwykłej wściekłości.

W drzwiach ugrzęzło dwóch sanitariuszy, próbujących przekrzyczeć gromkie towarzystwo, bowiem przywieźli kolejny przypadek. Wysokie nosze na kółkach tarasowały przejście, rozdrażniając wchodzące i wychodzące osoby. Wybuchła kłótnia.

– Powinniście poczekać, aż dostaniecie pozwolenie na wtoczenie pacjentki.

– Ale ona krwawi.

– Też coś! Co druga krwawi!

– Ale ta krwawi mocno.

– Tutaj nie ma niepoważnych krwawień!

– Spada jej ciśnienie, omdlewa…

– Cholera jasna z wami!

Przepychanki, strofowanie, złorzeczenie – wachlarz dogryzek nad blednącą klientką. Wreszcie zwolniono leżankę w rogu – niech tam ją wyładują.

Pacjentki w porodach jęczały, co przystałoby im wybaczyć – przecież powicie dziecka nie przebiega bezboleśnie. Te lamenty, poprzez ich monotonność, w zasadzie stanowiły nikły, pomijalny akompaniament wrzawy. Niemniej jednak to na ciężarne spadał gniew personelu, to im się obrywało za cierpienia pracowników, to one były winne parszywym warunkom, stresom, zgryzotom, udrękom i… No, i całokształtowi! Bezczelnie zawodziły i stękały, nie potrafiąc zachować ciszy we wszechobecnym zgiełku! Przechodziły jeno przez poród, jak miliony niewiast na świecie, więc w czym tkwiła wyjątkowość ich personalnych skurczów macicy?! Wypadałoby zacisnąć zęby, heroicznie wytrzymać męki poczęcia, zaprzestać tyranizowania innych o zwrócenie na siebie uwagi, zrozumieć nieszczególność ich sytuacji, po prostu odwalić się, a najlepiej pozostać w domu, by nikomu nie zawracać dupy.

Wszak placówki państwowe nie powstały w celu zdobywania rzesz wiernych klientów, ale w celu zasymulowania usług dla ludu. Kto słyszał o szalonej konkurencji pomiędzy publicznymi szpitalami bądź przychodniami, w sensie wydzierania sobie siłą chorych? Popyt na daną instytucję definiuje ścisła rejonizacja, nie przez wysoka jakość leczenia tejże instytucji. Mieszkasz tu, to idź tu; mieszkasz tam, to idź tam – miejsce zameldowania zawiaduje o twej doli. Natrafienie na przyjaznego (i w miarę nieszkodliwego) łapiducha dyktuje grafik dyżurowy, a nie wolny rynek. Rzut kostką rozstrzygnie losy delikwenta: zdiagnozowanie czy filozofowanie?; szew ładny czy brzydki?; uzdrowienie czy pogorszenie?; życie czy śmierć? Z drugiej strony lekarz także wie, że ani nie został wyselekcjonowany przez pacjenta ze względu na swą sławę w okolicy, ani nikt go nie wynagrodzi za zdolności – pierwszorzędne wykurowanie stu przyniesie identyczne zyski, jak odfajkowanie dziesięciu, zatem im mniej i szybciej, tym lepiej i lżej.

Gdyby klient miał wybór, natomiast popularniejsi konsyliarze otrzymywali ekstra wynagrodzenie, wówczas nastroje plus zaangażowanie medyków uległyby zmianie, ale premie rezerwowano dla zarządców wykazujących „ekonomię”, czyli dbających o przerobienie maksymalnej ilości niedysponowanych ale tak, by ponieść minimalne koszta. Oszczędności na liczbie zatrudnionych lekarzy i sióstr, oraz na sprzęcie, lekach, badaniach dodatkowych, kursach karetek pogotowia itd., administratorzy przeznaczali właśnie na owe premie dla siebie, pęczniejące z roku na rok z racji konieczności werbowania nowych rzesz kontrolerów, którzy – też łaknąc bonusów – wprowadzali dodatkowe metody obcinania wydatków. W wyniku tej doskonałej, ascetycznej wręcz gospodarki finansowej, w połączeniu z precyzyjną dystrybucją cierpiących podług adresu zamieszkania, w poczekalniach kłębiły się istne tłumy obywateli nie rozumiejących, dlaczego oczekuje ich zaledwie jeden zdenerwowany doktorzyna, którego niekoniecznie pragnęli zobaczyć, ponieważ miał renomę opryskliwego.

Tak oto schorowani (zmuszani niemocą) spotykali swych wybawców (szantażowanych przysięgą Hipokratesa) w warunkach urągających ludzkiej przyzwoitości. Nikt nikogo nie wybierał, toteż nastrój wizyt charakteryzował się niepewnością, podejrzliwością, nadąsaniem, nierzadko drażliwością, a przede wszystkim wymianą wzajemnych oskarżeń, to znaczy durnowatych docinków nie zmieniających absolutnie nic, bowiem prawdziwi oprawcy, odpowiedzialni za stan rzeczy, gnuśnieli w chałupach, przejadając i przepijając zaoszczędzone fundusze społeczne.

– Czekałam aż cztery godziny!

– To króciutko!

– To skandal!

– Czy mam się roztroić? Proszę łaskawie zauważyć, że kolejka jest długa. A może ma pani kłopoty ze wzrokiem? Okulista dzisiaj, niestety, nie przyjmuje.

– Nie musi mnie pan obrażać!

– To przestań mnie strofować, kobieto! Zaraz, chwileczkę… Pani nie z naszego rejonu! Żegnam!

– Bo odwiedzałam ciocię, kiedy wody odeszły, więc przyjechałam do najbliższego szpitala…

– Jasne! Co druga z was odwiedza ciocię! Nasza okolica mrowi się od cioć!

Pacjentki nieuchronnie przegrywały nierówny pojedynek: po pierwsze, nie posiadały jasnej karnacji, a każdy o odcieniu skóry ciemniejszym niż biały ma w RPA przesrane; po drugie, były w większej potrzebie interakcji z systemem – musiały jakoś urodzić, w miejscu przynajmniej teoretyczne przeznaczonym do odbierania porodów; po trzecie, usługi publiczne mają za zadanie odpychać interesantów, a nie ich przyciągać. Okoliczności sprzyjały zatem odruchowemu wyżywaniu się na brzemiennych, które niejako jawiły się namacalnym wrogiem na polu bitwy – pierwotnym źródłem wszelkiej mordęgi.

Sprzątaczki właziły i wyłaziły, pchając przed sobą mopami kubły na piskliwych kółkach. Pytlowały równie gromko, co siostry, wzmagając kolektywny rejwach. Obijały przy okazji wiadra, wypełnione brudnawą cieczą, o metalowe nogi łóżek. Część plam usunęły, część śmieci pozamiatały, potem znikały, by powrócić po paru minutach, wciąż drąc gardła. Nigdy nie wyczyściły pomieszczenia całkowicie – ich misja była syzyfową. Niezależnie od włożonej energii, częstotliwości mycia tudzież zagęszczenia mopów na metr kwadratowy, po podłodze niezmiennie walały się opakowania po strzykawkach czy igłach, zmięte serwety, zużyte woreczki kroplówek, porwane kartki, plastikowe pojemniczki, tabletki, waciki, kawałki plastrów itd. Wysypisko urozmaicały różnokolorowe, małe kałuże, utworzone z fizjologicznych bądź syntetycznych płynów.

Słowem, panował zwykły rwetes popołudniowego dyżuru, do którego przywykł po dwudziestu siedmiu latach służby. On, weteran południowoafrykańskiego magla, nie reagował już na ryki, biadolenie, płacze i pozostałe formy uzewnętrznionej desperacji. Tylko wystrzał z rewolweru pobudziłby go do akcji – wyciągnąłby wtedy swój na wszelki wypadek.

Siedział przy biurku, zawalonym bezładnym stosem papierów. Przed nim stał drewniany, obdrapany segregator z ery apartheidu. Przegródki na poszczególne druki oznaczono solidnymi, mosiężnymi, pięknie wygrawerowanymi etykietkami, których nie dotknął ząb czasu. Obecnie szafki nie używano, preferując nawarstwianie dokumentów w przypadkowe kupy, dymisjonując schludność niczym zbytek rasistowskiej przeszłości.

Przez otwarte drzwi po lewej stronie widział przepełnioną poczekalnię. Ze dwadzieścia zapłodnionych sisi1, każda o wadze lekko ponad stu kilogramów, tkwiło na plastikowych krzesełkach, które uginały się pod ciężarem przekraczającym dopuszczalną nośność sugerowaną przez producenta. Grube dupska zwisały fałdami poza brzegi siedzeń oraz wciskały się w szpary pod oparciami. Powszechna otyłość czarnych – ponoć bardzo ubogich – dam budziła w nim sprzeczne emocje.

Wszystkie sisi spozierały żebrząco w jego kierunku, utylizując tym samym taktykę delikatnej perswazji. Pacjenci zawsze żyją złudną nadzieją, że kasowanie wzrokiem roztkliwi personel medyczny, ponagli kogoś, magicznie naoliwi zaśniedziały proces, gdy tymczasem takie wytrzeszczanie gał rozsierdza przemęczoną ekipę, odbierającą podobne manewry jako piętnowanie za opieszałość i arogancję.

Pielęgniarka rzuciła na blat kolejną teczkę, rycząc mu w ucho prawie rubasznie: „Podejrzenie IUFD!”. Porozumiewali się skrótowcami w ramach przestrzegania prawa pacjenta do prywatności, aczkolwiek ogólna atmosfera izby przyjęć nie oszałamiała przesadną poufnością. Ot, przepisy pozorujące etykę zawodową.

IUFD!” – intrauterine foetal death, czyli wewnątrzmaciczna śmierć płodu. Położna z przychodni nie umiała zlokalizować tętna przenośnym detektorem, stąd domysł, że płód obumarł. Doświadczone akuszerki nie popełniają błędów w tych kwestiach, zwłaszcza w siódmym miesiącu ciąży. Cóż, należało odpalić ultrasonograf, potwierdzić nieszczęście, poinformować mamę – rutyna.

Zaproszono niebogę do środka, popędzając do przywdziania szpitalnych szmat. Nie mówiła po angielsku. W murzyńskim narzeczu Xhoza2 nalegała na prysznic, chcąc zażyć kąpieli przed oględzinami. Normalka – okazywała szacun dla białego doktora. Z pewnością nie miała dostępu do wody bieżącej.

Dobrze, niech leci się spłukać, ino migiem. On w międzyczasie przekartkuje historię jej ciąży.

—————————————————-

1 Sisi w języku zuluskim oznacza kobietę niezamężną, zaś mama zamężną. Ponieważ większość czarnych obywatelek żyje samotnie, zatem zwyczajowo każda jest nazywana sisi, przynajmniej przez białych.

2 Xhoza (wymowa: kosa) – jeden z jedenastu oficjalnych języków w RPA.

—————————————————-

Czytaj dalej: Część II Odsłona 100 - Językoznawstwo - Część II

Publikacja umieszczona w kategorii MIGAWKI | Format PDF (0.4 MB) – 3 części Pobierz 3 części publikacji Językoznawstwo w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: