Czy w ogóle warto czytać?

Czy warto czytać?Niejaki profesor Albert Mehrabian nie zajmował się w swoim życiu niczym innym, oprócz prób zrozumienia komunikacji międzyludzkiej. Po latach mordęgi doszedł do następującego wniosku: ładunek emocjonalny wiadomości, którą otrzymujemy, w 7% jest zawarty w słowach, w 38% w nucie głosu, zaś w 55% w mimice twarzy.

Jeżeli ktoś oznajmi „rybki były przepyszne” tonem markotnym, ze smutną minką i wyrazem cierpienia na twarzy, to nie uwierzymy. Identyczna aprobata kulinarna, wypiszczana w zachwycie, z mordką rozanieloną oraz z przytupem, wywoła ufność.

Czytaj dalej …

Kotek

Kotek patrzy na światNapastują człowieka na każdym skrzyżowaniu w przeciętnym południowoafrykańskim mieście: wyciągają złożone w koszyczek dłonie, robią smutną minkę, jęczą błagalnie o parę zdewaluowanych centów. Niektórzy wieszają na szyi szyldy z obwieszczeniami: „5 dzieci. 1 żona. Bez pracy. Pomóżcież!”. Inni oferują chińskie buble w postaci niedziałających ładowarek telefonów komórkowych, zwojów czarnych worów na śmieci (słabszych od papieru toaletowego), afrykańskich statuetek (też Made in China).

Istnieje odrębna grupa zrzeszonych przez lokalne wydawnictwa, kolportująca brukowce. Bardziej spryciarscy myją na siłę okna, rzucając się znienacka na maskę samochodu, wylewając brudną wodę na czystą szybę, by za sekundę rozsmarować zawiesinę obleśną ścierką, po czym żądają agresywnie „co łaska” za wyświadczony serwis.

Czytaj dalej …

Profesorze! Profesorze!

Profesorze! Profesorze!– Profesorze! Profesorze!

Grzesio kontynuował marszrutę korytarzem zachodząc w głowę, co w oddziale przedporodowym porabia ordynatorka? Godzinę temu zapowiadała wypad na zebranie, aczkolwiek nawoływania pacjentek sugerowały, że profesorka przebywa gdzieś w okolicy.

– Profesorze! Profesorze! – tym razem poczuł szarpanie za rękaw. Po prawej stronie ujrzał czarną ciężarną o gabarytach czołgu. Dopadła go od tyłu, poczęła męczyć. – Mam pytanie! Mógłby Pan Profesor rzucić okiem na rezultat mojego ultrasonografu? Jestem pełna obaw, ponieważ indeks płynu owodniowego spadł z 3 na 1!

Wyszczerzył ząbki, mile wytłumaczył: on żaden profesor, a zwykły lekarzyna. Obywatelka pomyliła go z kimś innym. Niech czeka, aż przyjdą spece z wyższej półki.

– Ależ ja ciebie znam z przychodni podmiejskiej, Profesorze! Widziałeś mnie miesiąc wcześniej, poradziłeś wizytę w szpitalu, krzyczałeś na mnie za otyłość. Bardzo proszę spojrzeć na ten raport, bo nerwy zżerają… (Pamiętajmy: w języku angielskim zwracanie się na „ty” wobec kogokolwiek należy do normalności.)

Przestał protestować, bo babsko mogło zmieść człowieka z powierzchni ziemi machnięciem dłoni.

Poczłapali do jej łóżka. Grzesio zanalizował historię brzemienności, przeczytał wyniki, wytłumaczył, uspokoił. Kobieta-gigant podziękowała z wielkim uśmiechem.

Chciał czmychnąć, lecz inna kuracjuszka zagrodziła drogę ucieczki.

– Profesorze! Zasugerowałeś, abym podwiązała jajowody z uwagi na wracające z każdą ciążą stany przedrzucawkowe, natomiast doktory odmówiły ze względu na mój młody wiek. Doprawdy, nie reflektuję na więcej dzieci, więc może Pan Profesor zamieniłby parę słów z kolegami, przmówił im do rozumu? Dlaczego skazują mnie na groźbę zapłodnienia po raz 4 przed trzydziestką?

Zwariowały doszczętnie! Hormony łożyskowe pomieszały babom zmysły! Stanął pośrodku sali hucząc, iż ani nie posiada tutułu profesorskiego, ani nie zamierza takowego zdobyć. Popełniają błąd terminologiczny. Uprzejmie nawołuje do opamiętania oraz zwania go „doktorem”, zaś jego zwierzchniczki „profesorem”.

Oczekiwał karnego spuszczenia oczu, przeprosin, przysiąg poprawy na przyszłość, tymczasem pomieszczenie wypełnił figlarny chichot! Niewiasty oświeciły poddenerwowanego Grzesia o fakcie wabienia go „Profesorem” wśród lokalnej populacji, niezależnie od wymagań natury zawodowej. Z kolei szefową szpitala społeczność ochrzciła „Czupiradło”, ze względu na notoryczny bezład jej bujnej fryzury.

Czytaj dalej …

Zestaw „Święty Mikołaj – zrób się sam!”

Zestaw Święty Mikołaj - zrób się sam!Nie ma świąt bez prezentów, toteż stada klientów ganiają wściekle po sklepach w celach inspiracyjnych. Tam, w pomieszczeniach klimatyzowanych, na półkach efektownie podświetlonych, wśród sprzedawców chytrze uśmiechniętych, tkwi idea podarunku, która za chińskiego boga nie wpadłaby nam automatycznie do głowy. Otumanieni dodatkowo muzyczką sączącą się znikąd, wściekłym migotaniem lampek choinkowych, hipnotycznym dyndaniem kolorowych bombek, dokonujemy selekcji asortymentu przeznaczonego na wielką niespodziankę. Im towar droższy, tym lepszy.

Czytaj dalej …

Nie ma wolnej chwili

Nie ma wolnej chwili, czyli sens istnieniaOd dawien dawna, rzesze mędrców, teologów, naukowców tudzież innych prześwietnych istot dumały nad odpowiedzią na pytanie kardynalne: jaki jest sens ludzkiego bytu?

Grzesio sam podjął prób wyjaśnienia zagadki, docierawszy donikąd pod względem czysto empirycznym (po co powstał Grzesio w postaci fizycznej, stanowiąc sensu stricto kłębek wściekle pulsującej energii?), filozoficznym (dlaczego Grzesio w ogóle istnieje, w jakiejkolwiek formie?), spirytualno-religijnym (kto i z zamiarem czego tchnął duszę w masę biologiczną Grzesia, kiedy on o to nie prosił?). Deliberacje przerastały pojemność neuronów biedaka, pozostawiając jedynie dezorientację, szum w główce, wybałuszone oczka, strach przed tajemniczymi mocami wyższymi.

Czytaj dalej …

W gardło

W gardłoSyn Grzesia – Jacek – dostał zlecenie od znanej firmy marketingowej. Od razu pochwalił się ojcu korespondencją e-mailową, opisującą zadania spoczywające na barkach młodzieńca z tutułu tego niewielkiego kontraktu.

Niewątpliwie, rzecz chwalebna: oto koncern pełną gębą okazuje zaufanie studenciakowi w kwestii odpowiedzialnej, bowiem promocyjnej. Przyjeżdża jakiś nieznany staremu rapper, który da występ, polegający na przemówieniu w takt muzyki (z użyciem najwulgarniejszych słów – tak wypada). Bardzo znany artysta, według zapewnień Jacka, dlatego też jest niezbędną intensywna reklama urywanych monologów tej sławy.

Czytaj dalej …

Niebieski długopis

Niebieski długopis„Co poniektórzy wciąż używają niebieskich długopisów!”

Powyższe słowa wyrwały Grzesia z przyjemnych medytacji o seksownej stażystce Nicky. Na twarzy plątał mu się marzycielski uśmieszek, a w głowie powstawała spryciarska strategia uwodzicielska, gdy gruba przełożona ucięła brutalnie konstruktywne aktywności. Nie wytrzymała: musiała zaakcentować swój pożytek dla szpitala poprzez poruszenie kwestii kardynalnej, mianowicie koloru notatek doktorskich.

Czytaj dalej …