Kiedy nie można powiedzieć „Dość!” (Część II)

Skąpany w szczodrobliwości oraz tolerancyjności ojca, Jacek śmigał ze zwinnością rybki z zatoczki do zatoczki rozwojowej, niesiony nurtami samostanowienia. Przepłynął rześko akademicki akwen i wychynął na lądzie dorosłości wciąż nie będąc pewnym, czym chce się parać, o co właśnie chodziło! Był niby ten rozbitek na bezludnej wyspie, sondujący teren, zabiegający o przetrwanie, planujący starannie przyszłość, a nade wszystko odkrywający siebie. Wówczas, po lustracji okolic i sumiennej medytacji, postanowił kontynuować studia w celu zdobycia, za jednym zamachem, tytułu MBA (Master of Business Administration – magister zarządzania). Tata już zacierał rączki mniemając, że wydatki na uczelnię niedługo przejdą do historii, a tu masz babo placek! Mimo wszystko nie rozpaczał, albowiem Jacek sam podjął decyzję przebrnięcia przez żmudne, dodatkowe szkolenie. Grzesio widział, słyszał i czuł, że syn pragnął stanąć w szeregach kapitalistów wysokiego kalibru, przeto nie oponował – entuzjastycznie przyklasnął, zapewniając sfinansowanie przedsięwzięcia.

Czytaj dalej …

Kiedy nie można powiedzieć „Dość!” (Część I)

Największym wyzwaniem dla rodzica jest przekonanie dziecka do zrobienia czegoś, czego dziecko zrobić nie chce, ale tak, aby dziecko jednak widziało potrzebę realizacji wrednego zadania, a potem odczuło satysfakcję z uwagi na posłuchanie rodzica.

Grzesio strawił większość swojego życia nad roztrząsaniem, jak wzbudzić w swoim synu Jacku podobną dyscyplinę, czyli jak błysnąć ojcowskim autorytetem efektywnie i bez wszczynania awantur. Misja to była nie lada ze względu na różnorakie wpływy, które wręcz naturalnie przeciwdziałały osiągnięciu celu: cechy osobiste Grzesia oraz ogólnie znane symptomy okresu dorastania.

Czytaj dalej …

Jadwisia

Jadwisia

„Proszę pani! Proszę pani! Niech mnie pani stąd weźmie!”

Wyszlochany, przeraźliwy krzyk rozbrzmiewał jedynie w jej głowie. Głuchy wrzask; niewidzialne łzy; bezbarwna rozpacz – jałowy świat, na który została przez coś lub kogoś skazana. Niemożność wyrażenia dowolnego uczucia gestem bądź słowem stanowiła więzienie najsroższe do wyobrażenia. Nie istniała szansa na obwieszczenie wszem i wobec, co się myśli, przeżywa i zamierza, więc nie było mowy o wyegzekwowaniu reakcji – negatywnych, pozytywnych, obojętnych, byle jakich – z przewalających się przed nią tłumów.

„Proszę pana, proszę mnie stąd zabrać! Ja nie chcę tutaj…”

Czytaj dalej …

Bić albo nie bić? (Część II)

Bić albo nie bić?

Na paluszkach wkradł się do sypialenki Jacka.

Na łóżeczku majaczyła skulona figurka w pogniecionych, kolorowych ciuszkach. Brudne stópki, włoski w nieładzie, półotwarta buzia, spuchnięta twarzyczka, zmoczona poduszka – ilustracja tryumfu wdrożonych technik wychowawczych. Natężenie emocjonalne sceny powaliłoby na kolana Herkulesa.

Czytaj dalej …

Bić albo nie bić? (Część I)

Bić albo nie bić?

Grzesio został niedawno zamieszany w wirtualną awanturę blogowiczów. Poszło o kary cielesne dla dzieci. Gdyby nie separacja polemistów internetowymi kablami, doszłoby niechybnie do mordobicia z rozlewem krwi.

Wścibił nos w zażartą dyskusję ponieważ zauważył (o zgrozo!), że istnieją ludzie popierający grzmocenie malusińskich celem „wpojenia moresu”, „zdyscyplinowania”, „przykręcenia śruby” itd. Wychwalano klapsy, podobno nieszkodliwe i wysoce korzystne. Uderzanie otwartą ręką ponoć rozgrzesza rozjuszonego rodzica, który mógłby zastosować konkretniejszą przemoc (ciosy kułakiem, kopy butem, okładanie łopatą, rąbanie siekierą), ale poprzestał na lekkim chlastaniu, właściwie dotykaniu, wręcz masażu.

Czytaj dalej …

Wprowadzenie

Brutalne wprowadzenieW domu przeprowadzano kolejny remont. Rodzice zatrudnili umyślnego pana Czesia, potrafiącego zrobić cokolwiek: pomalować sufity czy okna, położyć nowe tapety bądź kafelki, wycyklinować i polakierować podłogi, wymienić gniazdka, naprawić sracz, a nawet zmajstrować meblościankę w przedpokoju. Bez przerwy palił papierosy, popijając mlekiem: na każdy litr przypadała paczka Sportów. Zachwalał białko jako bardzo zdrowe, co Grzesio zapamiętał na całe życie. Nie mówił nic o korzyściach płynących z palenia, aczkolwiek sprawiało ono wrażenie szalenie potrzebnego starszym facetom, bowiem i pan Czesio, i tata, nie mogli wręcz funkcjonować bez tytoniu.

Czytaj dalej …

Słownik wyrazów obcych

Słownik wyrazów polskich, a jednak obcychMałego Grzesia nurtowały przyczyny, dla których ludzie nazywają pewne rzeczy tak, a nie inaczej.

Na przykład słowo „trzeszczeć” opisywało pewien dźwięk, wiernie go odzwierciedlając, nie mogąc potencjalnie brzmieć odmiennie. W dawnych czasach, kiedy nasi przodkowie pierwszy raz w życiu usłyszeli trzeszczące drzewo, postanowili zjawisko racjonalnie nazwać. Stali w kupie, próbując naśladować tajemniczy hałas: „szszszsz…”; „szszczcz…”; „tszszczcz…”; „cztszcztszcz…”. Syczeli i rzęzili przez zęby konkurując, kto lepiej zatrzeszczy. Każdy pragnął zdecydowanie zatrzeszczeć innych: „TSZSZ-TCZ-TCZ-CZCZ!!!”; „TCZ-TCZ-TSZTSZ-SZSZ!!!”. Naskakiwali na siebie, wybałuszali oczy, pluli w wysiłkach, trzeszczeli sobie prosto w twarze. W końcu, trzeszcząc przeraźliwie, zaczęli się tłuc dzidami o palmę pierwszeństwa. Kobiety nie miały nic do potrzeszczenia w tamtych czasach, więc spozierały dyskretnie z boku – nie śmiały zatrzeszczeć, mogąc zostać nadzianymi na oszczepy. Spór trwał do momentu wychynięcia z legowiska starszego grupy. Herszt poczłapał do kłębowiska trzeszczaków, wysłuchał uważnie poszczególnych wariantów, podumał, wydał wyrok: „TSZ-SZCZ!”. Po ciężkiej pracy, w stylu rasowego zarządcy, powrócił do biura by co rychlej zasnąć.

Czytaj dalej …