Kiedy nie można powiedzieć „Dość!” (Część II)

Skąpany w szczodrobliwości oraz tolerancyjności ojca, Jacek śmigał ze zwinnością rybki z zatoczki do zatoczki rozwojowej, niesiony nurtami samostanowienia. Przepłynął rześko akademicki akwen i wychynął na lądzie dorosłości wciąż nie będąc pewnym, czym chce się parać, o co właśnie chodziło! Był niby ten rozbitek na bezludnej wyspie, sondujący teren, zabiegający o przetrwanie, planujący starannie przyszłość, a nade wszystko odkrywający siebie. Wówczas, po lustracji okolic i sumiennej medytacji, postanowił kontynuować studia w celu zdobycia, za jednym zamachem, tytułu MBA (Master of Business Administration – magister zarządzania). Tata już zacierał rączki mniemając, że wydatki na uczelnię niedługo przejdą do historii, a tu masz babo placek! Mimo wszystko nie rozpaczał, albowiem Jacek sam podjął decyzję przebrnięcia przez żmudne, dodatkowe szkolenie. Grzesio widział, słyszał i czuł, że syn pragnął stanąć w szeregach kapitalistów wysokiego kalibru, przeto nie oponował – entuzjastycznie przyklasnął, zapewniając sfinansowanie przedsięwzięcia.

Czytaj dalej …

Kiedy nie można powiedzieć „Dość!” (Część I)

Największym wyzwaniem dla rodzica jest przekonanie dziecka do zrobienia czegoś, czego dziecko zrobić nie chce, ale tak, aby dziecko jednak widziało potrzebę realizacji wrednego zadania, a potem odczuło satysfakcję z uwagi na posłuchanie rodzica.

Grzesio strawił większość swojego życia nad roztrząsaniem, jak wzbudzić w swoim synu Jacku podobną dyscyplinę, czyli jak błysnąć ojcowskim autorytetem efektywnie i bez wszczynania awantur. Misja to była nie lada ze względu na różnorakie wpływy, które wręcz naturalnie przeciwdziałały osiągnięciu celu: cechy osobiste Grzesia oraz ogólnie znane symptomy okresu dorastania.

Czytaj dalej …

Du-ka-cja (Część II)

Du-ka-cja, czyli współczesna edukacjaStwierdźmy śmiało: szkoła to praca, a w zasadzie etatowcy w trakcie instruktażu, stąd absencja uciechy z nauki. Marzenia zdolnych i kreatywnych spala się na popiół w krematorium racjonalizacji: tutaj, na farmie eksterminatorów innowacyjności, dojrzewają strażnicy utartych struktur.

Wygrywa ten, kto podoła bystremu zakodowaniu oraz odtworzeniu maksimum danych wedle spreparowanej matrycy – człowiek-magnetofon, legendarny kujon. Ćwiczenia konceptualne mają wyznaczone limity: nikt nie pyta o opcje, lecz o rozwiązanie w granicach podanych parametrów. Kto słyszał o nauczycielu, formułującym kwestię w sposób następujący: „Nasz podręcznik przytacza ‘xyz’. Proszę podsunąć inną drogę ku osiągnięciu deklasujących wyników.”. Przytoczona propozycja dyktowałaby kreatywność, czyli selekcję pionierów poprzez odstąpienie od programu kopiowania ad nauseam odwiecznych schematów.

Czytaj dalej …

Du-ka-cja (Część I)

Du-ka-cja, czyli współczesna edukacjaTrudno obecnie znaleźć osobę, którą porywałaby nauka. Doświadczenie sugeruje, że poniekąd przyjemne zajęcie przyswajania wiedzy jest jednak mordęgą.

Znany obeserwator Grzesio duma: dlaczego?

Lata szkolne należały do przyjemnego okresu życia: zero administracji domowej, niewiele godzin spędzonych w budzie, masa spotkań towarzyskich w ramach programu edukacyjnego (potańcówki, wypady na łono natury, imprezy sportowe, interesujące sztuki w teatrze), co chwila długie wakacje – bezpłatny raj na ziemi w nagrodę za absorbcję mądrości z podręczników.

Czytaj dalej …

Modus operandi (Część VIII)

Modus operandiDermatologia

Zmiany na skórze opisywane są językiem koneserów obrazów abstrakcyjnych: zlewające się wykwity żółto-brązowe, mimochodem wpadające na obrzeżach w tonację bordową; czerwono-sino-brunatne pobrużdżenia, pokryte lśniącym naskórkiem, przechodzące dyskretnie w zdrową tkankę; niedbale rozsiane karmazynowe plamki, nakrapiane z cicha akcentami makowymi, o nieporządnie postrzępionych rąbkach. Charakterystyka patologii zmienia klimat z poetycznego na geologiczny przy próbach deskrypcji trójwymiarowej: rozpadliny o kaskadowych ścianach, obejmujące głębsze pokłady; skorupowate wyniosłości, powstałe wskutek zasychania na powierzchni ropy; ubytek o architekturze krateru, sięgający warstwy kolczystej.

Czytaj dalej …

Modus operandi (Część VII)

Modus operandiPediatria

Na dzień przed egzaminem praktycznym przeżywał gehennę. Ból rozrywał wnętrzności, paraliżował myślenie o czymkolwiek, bezustannie wyduszał z krtani ciche skomlenie. Oczka Grzesia zamarły w przeraźliwym wytrzeszczu, jakby był niezmiernie czymś zdziwiony. Minimalny ruch paluszkiem bądź powieką powodował momentalne uczucie przebicia szpadą – prądy katuszy rwały od dołu do czubka głowy i z powrotem, niczym szalone błyskawice eksplodujące na chybił trafił. Temperatura rozgrzała członki do czerwoności, wyciskając z biedaka siódme poty. Wstrząsające mdłości dopełniały obrazu zgrozy.

Czytaj dalej …

Modus operandi (Część VI)

Modus operandiInterna

Gdyby regulamin akademii medycznej sankcjonował zrezygnowanie z jednego egzaminu, to Grzesio bezzwłocznie wybrałby choroby wewnętrzne.

Po pierwsze, każda dostępna książka na temat tej zacnej dziedziny zniechęcała grubością. Cieńsze pozycje cieszyły do momentu przeczytania na okładce „Tom 1” – 3 kolejne części czekały w kolejce na pochłonięcie. Strony tomiszczy zapełniano monotonnym tekstem, przerywanym co rusz milionami danych: wykresów, tabel, odnośników do literatury źródłowej, dawek leków. Diagnozy różnicowe ciągnęły się w nieskończoność pod koniec dowolnego rozdziału – jeden spis podobny do drugiego, jakby wszystkie patologie należało porównać z pozostałymi. Po godzinie lektury człowiek głupiał ze szczętem, po 2 godzinach donośnie chrapał, pomimo paczek papierosów zakrapianych dzbanami kawy.

Czytaj dalej …