Listy do Polski 27: „Jak te bursztyny na niebie”

Moi drodzy!

Jak wiecie z poprzedniej korespondencji, hulałem na wakacjach w miasteczku Corvara. Marzyłem o jakiejś pięknej Włoszce, którą znalazłem przysypaną lawiną na stokach Dolomitów. We śnie nieboraczkę ocuciłem, wygrzebałem, otrzepałem ze śniegu, napoiłem rumem, przytaszczyłem na kwaterę, pogłębiłem bajer, zaproponowałem schronisko na noc we własnym wyrze, ochoczo przy tym gwarantując, że sam prześpię się na twardej, zimnej posadzce, przykryty zaledwie ręczniczkiem. Dalszy przebieg fantazji znacie z filmów, ewentualnie z autopsji.

Czytaj dalej …

Listy do Polski 26: „Moda na Polskę®”

Moda na Polskę

Kochani!

Dużo ostatnio czytuję o ZUS-ie – organizacji nie stworzonej jeszcze w RPA. Wiadomości dochodzą automatycznie, bez żadnego zainteresowania z mojej strony. Otwieram dowolną polską witrynę, a tu bach – znowuż nadają na temat ubezpieczeniowego molocha. Sprawozdania w tonie zazwyczaj niepochlebnym, z pobrzmiewającą nutką jakby goryczy czy sarkazmu. Pominę komentarze publiczne na stronach internetowych, ponieważ nie chcę splugawić listu do Was.

Czytaj dalej …

W gardło

W gardłoSyn Grzesia – Jacek – dostał zlecenie od znanej firmy marketingowej. Od razu pochwalił się ojcu korespondencją e-mailową, opisującą zadania spoczywające na barkach młodzieńca z tutułu tego niewielkiego kontraktu.

Niewątpliwie, rzecz chwalebna: oto koncern pełną gębą okazuje zaufanie studenciakowi w kwestii odpowiedzialnej, bowiem promocyjnej. Przyjeżdża jakiś nieznany staremu rapper, który da występ, polegający na przemówieniu w takt muzyki (z użyciem najwulgarniejszych słów – tak wypada). Bardzo znany artysta, według zapewnień Jacka, dlatego też jest niezbędną intensywna reklama urywanych monologów tej sławy.

Czytaj dalej …

Idziemy trzy dżi! (Część II)

Idziemy trzy dżi!Grzesio wykrył terror nałogu, kiedy podjął starań porzucenia przekąszania czekoladką.

  1. Po dobie odczuwał nieokreślony niepokój, przygnębienie, rozdrażnienie, brak koncentracji, pustkę – typowe objawy głodu cukrowego, ustępujące natychmiast po spożyciu klina w postaci batona.
  2. Zmiana stylu życia na zdrowszy (powolne wyparcie przesłodzonego asortymentu ćwiczeniami, przechadzkami, lekturą, niskokalorycznymi posiłkami, regularnymi kontaktami z rodziną w Polsce) pociągnęła pozytywne zmiany na dalszych frontach: adekwatny wypoczynek nocny, spadek napięcia mięśniowego, zaostrzona koncentracja, zwolnienie tętna, obniżenie ciśnienia, wzrost krzepy, okiełznanie rozdrażnienia w sytuacjach stresujących, generalne samozadowolenie, chęć wspierania bliźnich.
  3. Powrót do pralinek prowokował wyzwolenie symptomów, które drążyły go przed okresem zbalansowanej egzystencji, aliści bardziej nasilonych, wręcz chorobowych: poszarpany sen, kołatanie serca, znużenie, zdenerwowanie, niechęć do aktywności fizycznej, podejżliwość, redukcja skupienia. Zjawisko razi identycznością z fenomenem narastania reperkusji alkoholizmu bądź narkomanii wraz z powtórnymi epizodami nadużywania.

Czytaj dalej …

Idziemy trzy dżi! (Część I)

Idziemy trzy dżi!Znienacka, apartament Grzesia odwiedziła delegacja złożona z Ann, jej męża Johna oraz ich wrednej – wiecznie poszczekującej – suki Dzikuski. Zakomunikowali mu reformy internetowe: otóż likwidują telefoniczną linię stacjonarną, podążając z duchem modernizmu komórkowego.

Dotychczas hasał po sieci dzięki połączenieniu z modemem właścicieli wynajętego mieszkania, za co sumiennie płacił swoją dolę. Praktyczny dla niego układ trafiał szlag: albo zlekceważy kontakt ze światem multimedialnym, albo wykupi abonament na własną rękę. Nie przepadając za podpisywaniem jakichkolwiek kontraktów w RPA, stanął wobec trudnej sytuacji decyzyjnej.

Poprosił grzecznie o wyjaśnienie powodów nagłej zmiany orientacji cybernetycznej. „My idziemy trzy dżi!” – zakomunikowała z wyższością Ann. Mróżąc pewniacko oczy, John potwierdził: „Tak! Idziemy trzy dżi!”. Dzikuska szczeknęła aprobująco parę razy.

„Że co?!” – wykrztusił zbaraniałym głosem Grzesio. Ponownie usłyszał: idą trzy dżi („We are going 3G”).

Czytaj dalej …

Jesteś to!

Jesteś to!, czyli wpływ marketingu na wolną wolęNa ogromnym afiszu agitacyjnym, mierzącym z 6 metrów długości i około 3 metrów wysokości, umieszczonym na poziomie 2 piętra domu towarowego, widniał facet o posturze atlety, zrywający się do szaleńczego biegu z bloków startowych. Twarz odzwierciedlała chęć zwycięstwa za wszelką cenę. Wysportowane ciało było zaiste wyrzeźbione – każdy mięsień wyraźnie widoczny, napięty, lśniący. Efekt nieostrości tylnych konturów sprintera, najprawdopodobniej uzyskany poprzez użycie filtru rozmycia Photoshopa, czynił całą kompozycję bezdyskusyjnie dramatyczniejszą.

Ponad galopującym osobnikiem pokrzykiwała nazwa firmy, wypisana dużą, pochyłą, agresywną czcionką, pomykająca chyżo za sprinterem. U dołu tego artystycznego konglomeratu wył slogan: „You Are It!”.

Czytaj dalej …