Językoznawstwo (Część III)

Językoznawstwo

Tumult w izbie przyjęć nie ustawał. Co rusz ktoś potrącał aparat ultrasonograficzny poprzez brudnawą kotarę. Krowiasty dzwonek telefonu jazgotał wściekle – nikt nie podnosił słuchawki. Położna wrzeszczała na wyjącą z bólu pacjentkę. Inna siostra szczekała polecenia odwiedzającym, chandryczącym się o coś. Jednak coraz słabiej docierały do niego odgłosy spoza małego boksu, roztapiane w cieple emanowanym przez jego nową mamę. Chciał tak tkwić w nieskończoność, obcując w milczeniu z istotą, wydającą się dogłębnie pojmować szalone realia, które nim miotały, a zarazem z góry rozgrzeszać go za to, jak go te realia wyrzeźbiły. Czuł – nie pojmował – że tak właśnie było: oto przypadkowa sisi z township’u posiadała moc kojącą. Tymczasem on, pan i władca chwili, miał niebawem dobić czarną anielicę makabrycznym oznajmieniem – zdruzgotać resztki jej już pogruchotanego świata i odebrać chociażby pociechę, wynikającą z naturalnego daru macierzyństwa: „Dziecko nie żyje. Koniec, kropka, do widzenia, wracaj do Nyangi. I am sorry.”.

Czytaj dalej …

Językoznawstwo (Część I)

Językoznawstwo

W ciasnej izbie przyjęć stało pięć łóżek, odgrodzonych kotarami sporządzonymi ze śliskiego, wstrętnego w dotyku tworzywa, kiedyś chyba jasnokremowego. Odsłanianie czy zasłanianie poszczególnych boksów sprawiało wieczne problemy – wszyscy szarpali płachtami plastiku, walcząc z zacinającymi się w szynach suwakami i zrywając pojedyncze agrafki, przez co górne brzegi zasłon smętnie zwisały.

Pielęgniarki wrzeszczały na pacjentki, do doktorów i do siebie. Nigdy nie pojął, dlaczego czarni i kolorowi nie konwersują, a wyją – natężenie ich jazgotu w decybelach przewyższało poziom hałasu. Nawet gdy rozmówcy wymieniali uprzejmości bądź gadali o banałach, a dzieliła ich odległość pół metra, wydzierali gardła niczym w trakcie karczemnej awantury, jakby za moment miało dojść do mordobicia. Jedynie wyszczerzone w uśmiechach zęby ryczących jadaczek przeczyły wrogim nastawieniom interlokutorów – ot, kurtuazyjne darcie pysków.

Czytaj dalej …

Językoznawstwo (Część II)

Językoznawstwo

Mieszkała w township’ie3 o nazwie Nyanga, strefie o najwyższej przestępczości w RPA – przetrwać tam było trudniej, niż przeżyć bombardowanie w Aleppo. Gwałty (nie przepuszczano nawet dziewczynkom czy staruszkom), rabunki, ciężkie pobicia, strzelaniny, morderstwa, samosądy (palenie żywcem, ewentualnie kamieniowanie bandziorów) i inne przejawy zezwierzęcenia urozmaicały co godzinkę szarzyznę egzystencji w budach, skleconych z czegokolwiek ukradzionego z placów budów lub znalezionego na wysypiskach śmieci. Płachty pordzewiałej blachy falistej, stare dechy pokryte plackami zaschłej farby i poszarpane kawałki tektury cieszyły się renomą wyśmienitych materiałów konstrukcyjnych. Niektórzy szczęściarze zachachmęcali skądś okiennice, a nawet całe drzwi.

Czytaj dalej …

Niedostrzegalni

Niedostrzegalny 1

Kiedykolwiek Grzesio wyłaził ze szpitala lub tam niechętnie właził, zauważał pewnego gościa plączącego się po parkingu, przy drzwiach wejściowych czy po placu rozładunkowym – ogólnie, po terenie zewnętrznym. Był to postawny murzyn po pięćdziesiątce, ubrany w szaroniebieski roboczy kombinezon, zawsze dzierżący szufelkę na kiju oraz miotłę, zawsze głupawo uśmiechnięty, zawsze podnoszący dłoń w geście pozdrowienia, zawsze milczący, zawsze spokojny. Taki czarny misiaczek. Ociężałym krokiem dążył gdzieś-tam, od czasu do czasu zgarniając miotłą losowe paprochy z podłoża do szufelki.

Czytaj dalej …

Zeromowa

Grzesio siedział w kawiarni nad prasą i pochłaniał artykuł dotyczący rosnącej liczby przestępstw w centrum miasta. Większość tekstu zajmowały zacytowane reakcje lokalnych władz, które wreszcie zauważyły kryzys, ponieważ kryminaliści zaczęli okradać sklepy z bronią w ręku w biały dzień. Im dłużej czytał, tym bardziej głupiał, bowiem nijak nie potrafił rozszyfrować kwintesencji przesłania, zakamulfowanego w oficjalnym obwieszczeniu dla rozdygotanych mas.

Czytaj dalej …

Dzień w życiu Grzesia Polaka

Grzesio od rana łaził rozdrażniony, bowiem czekało go wyjaśnienie kwestii natury finansowej.

Otóż parę dni przedtem urząd skarbowy powiadomił go uprzejmie, iż zalega z podatkiem na kwotę (w przeliczeniu) około trzech tysięcy złotych. W załączniku przesłali oficjalnie wyglądający dokument upstrzony kolumnami, skrótami oraz kalkulacjami, okraszony frazeologią fiskalną nie do rozgryzienia. Rzeczą możliwą do rozgryzienia była natomiast ostatnia linijka kwitu: „Wisisz tyle a tyle”.

Wyglądało to groźnie…

Czytaj dalej …

Lekarz stylu życia

Polityczna poprawność cichcem przesiąknęła piękną profesję Grzesia, nadając rozmowom lekarza z pacjentami rytm i frazeologię podobną do kurtuazyjnego szczebiotu – obdartego ze szczerości ceremoniału, wyreżyserowanego do maciupeńkich szczególików przez niewidzialnych speców od uniformizacji ekspresji werbalnych, tonu głosu, mimiki, gestów tudzież strojów. Setki regulacji reguluje rozregulowanego doktora, ażeby nie popełnił przypadkowego afrontu wobec zgłaszających się po porady cierpiących, przekształcając konsultacje medyczne w dworskie wymiany grzeczności. Obwarowane protokołami dyplomatycznymi spotkania głów państw, ewentualnie audiencje u królowej brytyjskiej, wieją tożsamą atmosferą, aczkolwiek nie zapachem.

Czytaj dalej …

Listy do Polski 26: „Moda na Polskę®”

Moda na Polskę

Kochani!

Dużo ostatnio czytuję o ZUS-ie – organizacji nie stworzonej jeszcze w RPA. Wiadomości dochodzą automatycznie, bez żadnego zainteresowania z mojej strony. Otwieram dowolną polską witrynę, a tu bach – znowuż nadają na temat ubezpieczeniowego molocha. Sprawozdania w tonie zazwyczaj niepochlebnym, z pobrzmiewającą nutką jakby goryczy czy sarkazmu. Pominę komentarze publiczne na stronach internetowych, ponieważ nie chcę splugawić listu do Was.

Czytaj dalej …

Listy do Polski 22: „Nic nie znaczące erraty”

Kochani!

Komiczne wieści dobiegają z USA, gdzie szwindel za szwindlem wychodzą na jaw, przeciekając monotonnie do wiadomości mas. Nie zadziwia jednak fakt, że szydła wyłażą z worów niby kolce jeża, ale reakcja zmumifikowanych obywateli.

Telewizorem nie dysponuję, prasy nie czytam, ponieważ walczę o zachowanie normalności. Wysiłki unikania mass mediów spełzają na niczym – streszczenia najnowszych wydarzeń przydybią człowieka w kawiarence, w pracy, na ulicy, w ubikacji. Albo ktoś wypapla podnieconym głosem, albo afisz wykrzyknie znienacka w twarz, albo ekrany, umieszczone strategicznie w miejscach komunalnych, wysyczą prosto w ucho dzisiejsze newsy. Nie sposób uciec: siłą, podstępnie nakarmią mnie urągającą inteligencji strawą. Ciekawe, w czym przemycają leki antyemetyczne, gdyż dziwnym trafem nie wymiotuję na każdym kroku słuchając idiotyzmów. Zabunkrowanie się w kąciku to marzenie ściętej głowy: koledzy wytropią, przycisną do ściany, zaplują nowinami, zaczną żebrać o opinię na temat bzdetów. Wyeksponują erudycję, polegającą na skopiowaniu słów szemranego prezentera TV, powszechnego źródła wiedzy niezgłębionej. Wymęczą niewinnego Grzesia jak psy dziada w ciasnej ulicy.

Czytaj dalej …

Listy do Polski 18: „Materiał emigracyjny”

Rodacy!

Czytacie zapewne gazety, oglądacie telewizję, plotkujecie ze znajomymi, śledzicie newsy w internecie, sami dumacie w domowym zaciszu. Oto kraj się wyludnia, społeczeństwo starzeje, młodzi kopulują wyłącznie w celach rozrywkowych, studentów ubywa – niedługo umrze ostatni Lach, zaś Polska przeistoczy się (w najlepszym scenariuszu) w pierwszy na świecie, bezpaństwy kraj-muzeum, ewentualnie (co gorsza) w przyczółek nowego imperium, bynajmniej nie chrześcijańskiego. Trwoga o kompletne opustoszenie ojczyzny niewątpliwie dudni w Waszych starganych głowach. Kto utrzyma seniorów? Jak uchronić katolicyzm przed sierpem (tym razem bez młota) i gwiazdą? Czym przekonać gówniarzerię do prokreacji?

Groza zagląda w oczy! Ratunku! Pomocy! Horror bieda kataklizm plaga pożar śmierć!

Czytaj dalej …