Modus operandi (Część VIII)

Modus operandiDermatologia

Zmiany na skórze opisywane są językiem koneserów obrazów abstrakcyjnych: zlewające się wykwity żółto-brązowe, mimochodem wpadające na obrzeżach w tonację bordową; czerwono-sino-brunatne pobrużdżenia, pokryte lśniącym naskórkiem, przechodzące dyskretnie w zdrową tkankę; niedbale rozsiane karmazynowe plamki, nakrapiane z cicha akcentami makowymi, o nieporządnie postrzępionych rąbkach. Charakterystyka patologii zmienia klimat z poetycznego na geologiczny przy próbach deskrypcji trójwymiarowej: rozpadliny o kaskadowych ścianach, obejmujące głębsze pokłady; skorupowate wyniosłości, powstałe wskutek zasychania na powierzchni ropy; ubytek o architekturze krateru, sięgający warstwy kolczystej.

Czytaj dalej …

Modus operandi (Część VII)

Modus operandiPediatria

Na dzień przed egzaminem praktycznym przeżywał gehennę. Ból rozrywał wnętrzności, paraliżował myślenie o czymkolwiek, bezustannie wyduszał z krtani ciche skomlenie. Oczka Grzesia zamarły w przeraźliwym wytrzeszczu, jakby był niezmiernie czymś zdziwiony. Minimalny ruch paluszkiem bądź powieką powodował momentalne uczucie przebicia szpadą – prądy katuszy rwały od dołu do czubka głowy i z powrotem, niczym szalone błyskawice eksplodujące na chybił trafił. Temperatura rozgrzała członki do czerwoności, wyciskając z biedaka siódme poty. Wstrząsające mdłości dopełniały obrazu zgrozy.

Czytaj dalej …

Modus operandi (Część VI)

Modus operandiInterna

Gdyby regulamin akademii medycznej sankcjonował zrezygnowanie z jednego egzaminu, to Grzesio bezzwłocznie wybrałby choroby wewnętrzne.

Po pierwsze, każda dostępna książka na temat tej zacnej dziedziny zniechęcała grubością. Cieńsze pozycje cieszyły do momentu przeczytania na okładce „Tom 1” – 3 kolejne części czekały w kolejce na pochłonięcie. Strony tomiszczy zapełniano monotonnym tekstem, przerywanym co rusz milionami danych: wykresów, tabel, odnośników do literatury źródłowej, dawek leków. Diagnozy różnicowe ciągnęły się w nieskończoność pod koniec dowolnego rozdziału – jeden spis podobny do drugiego, jakby wszystkie patologie należało porównać z pozostałymi. Po godzinie lektury człowiek głupiał ze szczętem, po 2 godzinach donośnie chrapał, pomimo paczek papierosów zakrapianych dzbanami kawy.

Czytaj dalej …

Modus operandi (Część V)

Modus operandiFilozofia

Sceptycy kwestionujący ideę wpajania filozofii w przyszłych doktorów są w wielkim błędzie.

Medycna nie stanowi dziedziny dla rzemieśliników. Na człowieka składa się nie tylko wypadkowa procesów fizjologicznych, biochemicznych czy biofizycznych organizmu, ale i skomplikowanych zachowań o naturze duchowej (reakcje uczuciowe, myśli, aspiracje, marzenia, przewidywanie itd.). Lekarz z prawdziwego zdarzenia rozumie wieloaspektowość zdrowia, zatem donośność dobrego samopoczucia w parze z siłami czysto witalnymi. Najefektywniejsza kuracja następuje po uwzględnieniu indywidualnych okoliczności osoby szukającej pomocy, a nie wyłącznie poprzez skonsolidowane leczenie wyselekcjonowanego objawu bądź choroby.

Czytaj dalej …

Modus operandi (Część IV)

Modus operandiAnestezjologia

Pani adiunkt miała sprytny system: sadzała 8 studentów w rzędzie na krzesłach, sama zajmowała fotel naprzeciwko, po czym indagowała od swojej lewej do prawej strony. Egzamin miał 3 fale przesłuchania, każda złożona z 8 pytań zaczepnych z jednej dziedziny anestezjologicznej (znieczulenie lokalne, ogólne, zewnątrzoponowe itd.).

Szczęśliwiec na stanowisku 1 (skrajny lewicowiec) otrzymywał najprostszą kwestię do roztrząśnięcia, czyli ogólny podział czegoś w obrębie danego tematu (na przykład, kategorie interwencji przeciwbólowych w porodzie). Im dalej w prawo, tym więcej sondowań o szczegóły (jakie igły, gdzie jest przestrzeń ta i ta, kiedy wszcząć akcję itd.). Biedak na zydlu nr 8 (skrajny prawicowiec) skwierczał pod ogniem intensywnego dochodzenia o detalątka (dawki leków na kilogram wagi ciała, połowiczny czas rozpadu medykamentu w organiźmie, prawidłowe wartości odcinka PQ w EKG w odprowadzeniach przedsercowych po podaniu substancji itd.).

Czytaj dalej …

Modus operandi (Część III)

Modus operandiNeurologia

Kuriozalna dyscyplina: intrygująca (architektura plus działanie układu nerwowego), postępująca (w we wszystkich dziedzinach: biochemicznej, anatomicznej, molekularnej, biofizycznej, fizjologicznej), niemniej jednak oferująca znikomą ilość środków zaradczych na zdiagnozowane patologie. Neurolog to kopalnia wiedzy, wszakże po wyjaśnieniu w najdrobniejszych niuansach problemu schorzenia pacjenta, rozłoży ręce i zaleci (z reguły) leczenie konserwatywne, ewentualnie wizytę u neurochirurga lub ortopedy. Pomimo niepodważalnej atrakcyjności (z uwagi na odwieczną tajemniczość funkcjonowania mózgu), absencja konkretnych interwencji medycznych odpychała Grzesia od tej branży.

Czytaj dalej …

Modus operandi (Część II)

Modus operandiHistologia

Z rzeki danych, wyszczególnionych w podręczniku histologii, Grzesio pamięta dzisiaj (po 30 latach) wyłącznie, że nasienie ma zapach kasztanów. Tę niezwykle cenną informację podano małym druczkiem u dołu strony na temat budowy spermy. Co ciekawe, w ten niezwykły sposób nabył wiedzy, jak pachną kasztany, których wcześniej wnikliwie nie wąchał, ponieważ nie wydawały się wydzielać żadnej woni.

Czytaj dalej …

Modus operandi (Część I)

Modus operandiKtóż idzie studiować medycynę?

Pospolite wyobrażenie nasuwa natychmiast myśl o tzw. powołaniu. Jedynie osobniki z misją służby wbitą w genotyp śpieszą wchłaniać tony teoretycznej lub klinicznej wiedzy. Od lat dziecięcych fantazjowali o niesieniu pomocy innym: chłopcy udawali kierowców karetek pogotowia, dziewczynki dawały lalkom sztuczne zastrzyki, natomiast w grupkach przyszłe eskulapy i eskulapki bawiły się w doktora. Brzdąców nie opuszczała wizja ratowania ludzkiego życia za wszelką cenę, z poświęceniem własnych wygód, czasami za darmo. Szczególnie ponętną była praca w nocy, w skrajnym zmęczeniu, walcząc z pijanymi delikwentami na izbach przyjęć (czysta rozkosz!). Urwisy marzyły o takiej przyszłości.

To wszystko jest bzdurą, przynajmniej w zniewalającej większości przypadków.

Czytaj dalej …

Pancerne drzwi (Część II)

Pancerne drzwiZapoznanie z familią sympatii było nieuniknione. Mieszkali w falowcu mającym tyle klatek, iż zabrakło liter alfabetu na oznaczenie poszczególnych segmentów. Robotniczy z pochodzenia klan składał się z ojca-stoczniowca, mamy-kasjerki (starszej kopii Bożeny) oraz korpulentnego brata w wieku lat czternastu, demonstrującego przeuroczy uśmiech na licu, słodki ton głosu, baletniczą płynność ruchów. Z jakiegoś powodu chciał zostać księdzem.

Lokal kategorii M-3 należał do wzorów katolickich kwater: mury przozdobione krzyżami, obrazkami świętych ze złotym obręczami na czachach, zdjęciami papieża; półki oblężone literaturą religijną; różańce zwisające niedbale na oparciach foteli. Pachniało zaawansowaną aktywnością liturgiczną.

Po służbowych powitaniach, achach i ochach, poczęstunku rosołem, tata bożeny poufnie złapał go za łokieć, ciągnąc w kierunku korytarza. Zagaił tajemniczo: „Coś tobie pokażę!”. Kolekcję starych zegarków? Arsenał broni? Teleskop? Mercedesa? Grzesio dygotał z ciekawości! Pozostali skromnie podreptali za mężczyznami.

Czytaj dalej …

Pancerne drzwi (Część III)

Pancerne drzwiObłęd egzaminacyjny środowiska medycznego nie ma sobie równych. Fizjonomie odzwierciedlają zgrozę pomieszaną z paniką. Wielu stoi w kątach, kiwając się nad skryptami jak judaiści pod Ścianą Płaczu. Trwa finalna, konwulsyjna wymiana informacji: „Zadadzą pytanie o cykl Krebsa na mur!”; „Sterydy są najważniejsze!”; „Mam w nosie enzymy trzustki – nigdy nie były w teście!”. Po sprawdzianach nastrój jest współmiernie histeryczny: „Chyba zdałem!”; „Na pewno oblałam!”; „Pytać o pepsynę to już przesada!”.

Grzesio unikał nerwowego przerzucania stron, wyłuskiwania odrobin danych, presumpcji, siania psychozy. Obsesjonalny ton studentów dekoncentrował przed testem plus wytrącał z równowagi po teście.

Czytaj dalej …