Nowy rok (Część II)

Nowy rok - Część II

Potem znad horyzontu nadciągnął pan Cezary. Na etapie przedrozwodowym przeprowadzał raptem ataki zaczepne, dopadając Dorotę tu i ówdzie, po czym odpływał na odegłość zaręczającą niedostrzegalność. Zimno skanował rozwój wypadków, niczym obleśny sęp, szykując się do inwazji i definitywnego wypatroszenia ofiary – po prostu czekał, aż rozpustna żona wykopie męża z rodzinnego gniazda.

Czytaj dalej …

Jak w rodzinie

Polityka stanowi ponoć sferę filozofii wyższej (jak twierdzą politycy), nieosiągalnej dla zmizerniałych mózgownic przeciętnych zjadaczy chleba, zatem Grzesio, kojarzący swe przepaści edukacyjne w zakresie dyplomacji, z reguły siedzi cichutko i nie kwestionuje rządowych pociągnięć. Zresztą po co? Przecież próby darcia kotów z aparatem władzy przyniosą jeno wstyd, bowiem pierwszy z brzegu oficjel ciśnie w człowieka nieznanym terminem, przytoczy jakiś przepis, fuknie, przytupnie, okiem łupnie, pokaże palcem drzwi. Przyjdzie wyznać skandaliczny niedostatek wiedzy, wymamrotać przeprosiny za matołowate supozycje, skulić uszy po sobie, ucieć do ciasnego mieszkanka, wcisnąć dupkę w fotelik, oglądnąć lekki filmik zajadając kukurydzą prażoną, wszorować ząbki, wskoczyć do łóżeczka, odmówić paciorek po czym zasnąć błogosławiąc farta, że w ogóle dadzą pożyć.

Czytaj dalej …

Motywy

Motywy, czyli historia o porwaniuDzwonek! Grzesio w szalonym tempie rwał otworzyć drzwi. Zawsze chciał być pierwszy!

Na klatce stała ciocia Gosia. W zasadzie pani Gosia, niespokrewniona z którymkolwiek członkiem rodziny. Grzesiowi powinowactwa genetyczne nie przeszkadzały, zatem dowolny znajomy był wujkiem, znajoma zaś ciocią.

Złożyła niezapowiedzianą wizytę w celach plotkarskich. Źle trafiła: mamę przydybały popołudniowe obowiązki w szpitalu, natomiast tata nie słynął smykałkami gawędziarskimi. Niemniej jednak wykazał szczyt gościnnego kunsztu i towarzyskich ciągot: zaprosił kobietę do środka oraz zaproponował herbatkę.

Ciocia nie mogła mieć pojęcia o absencji mamy, ponieważ w tamtej odległej erze nie znano telefonów komórkowych. Ludzie komunikowali się albo pytlując, albo wrzeszcząc z okien (np. do berbeci w piaskownicy na podwórku), albo korespondencyjnie. Bogatsi szpanowali telefonami stacjonarnymi, aczkolwiek losy osobnika w przelocie pomiędzy dwiema rozmowami sieciowymi znikały w mgle tajemnicy. Rzeczywistość wypełniały nieoczekiwane wizyty, nieprzewidziane listy w skrzynce pocztowej, zaległe wiadomości transmitowane w telewizji. Informacje niezmiernie ważne przesyłano telegramami, pochłaniającymi od paru godzin do doby.

Czytaj dalej …

Pranie

Niech żyje polskie pranie!Grzesio wstał już o 7 rano, porwał kosz nabity brudnymi ciuchami, po czym pogalopował do drewnianej altanki, służącej zarówno jako narzędziownia, jak i pralnia. Nie zapomniał zabrać specjalnego odstraszacza psów w spreju, bo bał się Dzikuski. Co prawda, dystans do pokonania wynosił zaledwie 20 metrów, ale Dzikuska często czatowała w krzakach, atakując znienacka, więc w trakcie marszruty czujnie penetrował otoczenie wzrokiem komandosa na misji w Wietnamie.

Jego wynajęte mieszkanie zajmowało połowę parteru dość pokaźnego, piętrowego domu, należącego do Ann i Johna.

Ann, energiczna pani po 60, prowadziła własny biznes. Jej firma, zatrudniająca Ann w charakterze dyrektora, administratora plus wyrobnika, miała wyborne logo. Przedstawiało ono strzelające w górę, w różnych kierunkach, wysmukłe liście tulipanów. Korony kwiatów zastąpiono małymi kółeczkami. Pragnący rozumieć artyzm Grzesio, uważał kompozycję za nowoczesną koncepcję graficzną kwiatów. Myślał z początku, że Ann tyrała w ogrodnictwie, ewentualnie zarządzała kwiaciarnią, aż zobaczył motto: „Ciała w ruchu”.

Poukładanie w głowie ogromu metaforycznych ekspresji zajęło mu trochę czasu. Tulipany portretowały ludzi. Innymi słowy, osobnicy z godła odzwierciedlali smukłe łodygi na wietrze: w ruchu. Tylko dlaczego? Dlaczego majestatycznie kolebali korpusami, wyciągając ręce do nieba? Podziemna sekta religijna?

Czytaj dalej …